Page 339 - Besson&Demona
P. 339
TAKA DZIWNA HISTORIA
Pod koniec lata nasza ekipa (Antoni Pacyński z Don Hubertusem, Siekaczem i Żandarmem; Stanisław Kubiak z Botwidem i Larumem, który był przeznaczony na sprze- daż, Marian Kozicki z Tyrasem i Herwinem oraz ja z Isandrą) miała pojechać do Ostendy, a stamtąd do Rotterdamu. Ten wyjazd był trochę nietypowy, a mianowicie sportowo-han- dlowy. Ponieważ na zawody jechałem tylko z jednym koniem (Isandrą), mój przyjaciel dr Aleksander Falewicz poprosił, abym zabrał jego konia Cedro z klubu Służewiec, z którym ostatnio mieli poważne problemy, więc chcieli go sprzedać w Belgii. To była dziwna histo- ria. Bezpośrednio przed wyjazdem do Ostendy odbyły się dwudniowe zawody w Mosznej i również dwudniowe w Opolu. Jako warunek zabrania Cedro postawiłem mój próbny start w tych zawodach i od ich wyniku uzależniłem decyzję: zabieram czy nie.
W Mosznej okazało się, że pierwszego dnia wystartuje na Cedro jego stały jeździec. Ten start okazał się znów niefortunny. Cedro wyniósł go, wyskoczył przez szranki i trzy rzędy ławek. Aby ratować reputację zawodnika, dostał on szansę wystartowania jeszcze w dru- gim dniu. A tu znowu klapa – Cedro dostał bowiem „trąbę”. W tej sytuacji nie było o czym mówić – zrezygnowałem z zabrania tego narwanego konia za granicę. Tym bardziej że w Opolu pierwszego dnia sytuacja się powtórzyła i został on wyeliminowany za trzy nie- posłuszeństwa. I wszystko wydawało się jasne, aż do drugiego dnia zawodów... Tego dnia rozgrywany był konkurs zespołowy. Był tylko taki kłopot: do połączonego zespołu Moszna – Służewiec byli gotowi tylko dwaj jeźdźcy: Marek Małecki na Afragarze i Zbigniew Mar- kowicz na Laszce, brakowało zaś trzeciego jeźdźca. Zaczęto mnie usilnie namawiać, abym zgodził się w tym konkursie pojechać na Cedro. Moim podstawowym zadaniem był wów- czas start z ekipą Mosznej na Isandrze, pomyślałem sobie zatem: „No dobrze, dla hecy mogę pojechać, choć pewnie i tak nic z tego nie będzie, bo przecież to konkurs, gdzie prze- szkody mają 1,40 metra, a on nie kończył konkursów nawet przy 1,20 metra”.
Po przejeździe na Isandrze przesiadłem się na nieposłusznego Cedro. Rozprężałem go około 20 minut – kłusowałem na luźnej wodzy i skakałem z kłusa stacjonatkę (około 80 centymetrów). Na zakończenie rozprężania skoczyłem z galopu również na długiej wo- dzy doubler około 1,20 m. Wjechałem na parkur, po sygnale pogłaskałem Cedro po szyi i na względnie długiej wodzy zagalopowałem. Najechałem w ten sposób na pierwszą przeszkodę, na wszelki wypadek podtrzymując się jedną ręką za pasek od wytoka. Cedro frunął, więc tylko lekko wzmacniając kontakt – skakałem następne przeszkody. Miałem uczucie, że Cedro płynie, skacząc swobodnie i elastycznie (a ja razem z nim). Mały pro- blem mieliśmy tylko przy skoku przez stacjonatę wprost na trybunę – i tu była zrzutka. Poza tym ten przejazd był miły i płynny. Takim obrotem sprawy byliśmy zaskoczeni – nie tylko ja i szef ekipy Służewca, ale chyba i sam Cedro. Ciekaw byłem, co się będzie działo w drugim nawrocie. Przez chwilę pomyślałem: to pewnie przypadek. A jednak nie – Ce- dro znów frunął jak na skrzydłach! Nie ma co się zastanawiać – pomyślałem – zabieram go do Ostendy i Rotterdamu.
– 337 –
... O SPORCIE

