Page 344 - Besson&Demona
P. 344
BESSON I DEMONA
w szeregu. Efekt? Kilka złamanych żeber (moich!), co oczywiście nie ułatwiało mi jaz- dy. Moje pierwsze starty na Herwinie też kiepsko wychodziły. O wielkim pechu mógł mówić Marian Babirecki, który po upadku z Botwidem złamał nogę w udzie. Tak osła- biona ekipa zajęła w Pucharze ósme miejsce. Zwyciężyli Włosi przed Portugalczykami i Szwajcarami, na czwartym miejscu uplasowali się zawodnicy RFN.
NA ŚLEPYM KAWIORZE
Drogę do Neapolu znaliśmy prawie na pamięć. Nasza swoboda i forma szły w parze z formą naszych koni. I tak na Isandrze raz byłem drugi, a Antoni Pacyń- ski na Żandarmie czwarty, a potem mieliśmy jeszcze kilka nagrodzonych miejsc. Wskutek kontuzji Babireckiego mnie przypadł start na Kawiorze, który był ślepy na jedno oko. Z tego powodu miał nieraz kłopoty ze skokiem z zakrętu. Tak się złożyło, że tam, w Neapolu tak ustawiono okser, że trzeba było skakać przez nie- go z półwolty. Na dodatek miał z przodu wąski wyłożony kafelkami rów. Kawior wpadł do tego rowu, nogi mu się ślizgały, w żaden sposób nie mógł się wydostać. Oparłem się ręką o górne drągi oksera i tak trzymałem przez chwilę chwiejącego się Kawiora. W końcu okser się zawalił, a podgojone już nieco żebra (a jakże, mo- je) znów się rozeszły...
BABIRECKI W GIPSIE, JA ZE ŁAMANYMI ŻEBRAMI
Herwin doskonale skakał w potędze skoku, w której w rozgrywkach nie tylko podnoszony był mur, lecz także okser. Robiło się już ciemno, okser miał 1,80 metra, a mur 1,90 m. Zostało nas trzech: Raimondo D’Inzeo, Salvatore Opes i ja. W momen- cie kiedy najeżdżałem na ten okser, naprzeciw zapalił się dosyć jaskrawy neon, któ- ry nas zupełnie oślepił. Herwin w ogóle się nie zdjął i przegalopował przez okser. To cud, że nie mieliśmy poważnego upadku. Po zgaszeniu neonu pozostałe dwa konie przeszły dwie przeszkody czysto, po czym stanęły do ostatniej rozgrywki (mur miał dwa metry). I ponownie, w zupełnych ciemnościach, przeszły tę wysokość bezbłędnie, dzieląc pierwszą i drugą nagrodę ex aequo.
Rozpoczynanie sezonu od startu w CSIO w Rzymie jeszcze raz okazało się dużym błędem. Błędem tym większym, jeśli zima była ostra i długa, a nasza ekipa nie mia- ła żadnych możliwości nabrania formy. Tego występu pod cudownym niebem Italii nie mogliśmy zaliczyć do udanych, toteż kiedy opuszczaliśmy włoską ziemię, trud- no nam było nucić z zachwytem „Arrivederci, Roma”. Prawdę mówiąc, na nic nie mieliśmy ochoty – Babirecki długo jeszcze wojował z gipsem, a mnie żebra okrop- nie dokuczały.
– 342 –

