Page 462 - Besson&Demona
P. 462
BESSON I DEMONA
za załatwienie noclegu zaproponowałem kolację. Poszliśmy do Adrii (naprzeciw dworca kolejowego). I znów rozmawiało nam się wyjątkowo miło i łatwo, tańczyliśmy. Nie miałem ochoty kończyć tej kolacji, ale cóż, trzeba było wracać. Należało się wyspać przed zawoda- mi, które rozpoczynały się w godzinach rannych.
GIPS TO MOJE PRZEZNACZENIE?
Po zakończeniu zawodów pani Krystyna z pułkownikiem Ireschem i pozosta- łymi sędziami pojechali do Olsztyna, a ja na jeden dzień wróciłem do Mosznej. Nie miałem swoich koni (pojechały z Poznania do Olsztyna), więc aby objechać oddziały stadniny, wsiadłem na młodego ogiera Javari. Galopowaliśmy przez łąkę, kiedy nagle zerwały się kaczki, Javari spłoszył się i skoczył w bok. Uderzyłem prawą dłonią w jego szyję i poczułem przeszywający ból. Uszkodziłem sobie nasadę małego palca. Po prze- świetleniu (i moich protestach) założyli mi gips. Miałem teraz unieruchomioną część dłoni oraz trzeci, czwarty i piąty palec, właściwie poza gipsem został kciuk i palec wskazujący, które wytargowałem jako minimum do trzymania wodzy. Nazajutrz po- jechałem via Warszawa i nasza dyrekcja do Olsztyna. Z ręką w gipsie budziłem zdzi- wienie i zainteresowanie. Isandra wciąż chodziła nieczysto, zdecydowanie nie mo- gła startować. Była moim podstawowym koniem, a właściwie pojechała do Poznania i Olsztyna jako turystka.
NARESZCIE POWIEDZIAŁA: „TAK”
Z Krystyną spotkaliśmy się w Olsztynie już jako starzy znajomi. Po dwóch dniach zastąpił ją kolega z PIS, a ona wróciła do Warszawy. Z kolei ja, wracając z Olsz- tyna, zatrzymałem się na parę godzin w Warszawie i zaprosiłem ją na obiad. Nigdy dotąd nie spotkałem osoby, z którą nawiązałbym tak szybko i tak serdeczny kontakt. Krysia (mówiliśmy sobie już po imieniu) ujęła mnie dobrym wychowaniem, taktem, inteligencją i bystrością. Potra ła rozmawiać z każdym i o wszystkim. Zaprosiłem ją na zawody do Mosznej. Przyjechali także moi rodzice. Wszyscy bardzo przypadli sobie do gustu.
Dni mijały, a ja byłem coraz bardziej pewien, że spotkałem kobietę, z którą chciałem spędzić życie. Tyle tylko, że Krysia, zrażona pierwszym małżeństwem, nie chciała sły- szeć o ślubie. A poza tym miała siedemnastoletniego syna i uważała, że nie powinna komplikować mu życia. Po pięciu miesiącach w końcu powiedziała: „Tak”. Wspólne ży- cie rozpoczęliśmy 3 lutego 1968 roku w Warszawie. Ślub kościelny wzięliśmy w Kra- kowie w kościele oo. Kapucynów 28 czerwca 1969 roku (po przeprowadzeniu procesu i uzyskaniu unieważnienia poprzedniego małżeństwa).
– 460 –

