Page 463 - Besson&Demona
P. 463
ZESŁALI JĄ „TYLKO” DO ORANIENBURGA
Moja żona wychowywała się w rodzinie wojskowej. Jej ojciec (z rodziny zie- miańskiej z Kowalk w powiecie rypińskim) był kapitanem w 50. Pułku Piechoty w Po- znaniu. Krysia urodziła się w Poznaniu (4 sierpnia 1924 roku), tam chodziła do szkoły powszechnej, a następnie do Sacre Coeur w Starej Wsi, ale do 1939 roku stale miesz- kała w mieście.
Zaraz po wkroczeniu Niemców Poznań został włączony do Reichu, Krysia z matką i młodszym bratem zostali wysiedleni do Warszawy. Oboje byli członkami Szarych Szeregów i aktywnie działali w konspiracji. Żyli w biedzie. Krysia musiała godzić na- ukę w tajnym gimnazjum z pracą konduktorki tramwaju.
W grudniu 1942 roku obsługiwała linię na trasie Służewiec – Bielany (Młociny). W skrytce konduktorskiej przewoziła broń dla partyzantów z Puszczy Kampinoskiej. To nie był dobry kurs. Niemcy weszli do tramwaju i rozpoczęła się rewizja. Oczywiście sprawdzili tę skrytkę, wyciągnęli broń. Zbitą, skopaną do nieprzytomności zawieźli Krystynę na gestapo na Szucha. Za przewóz broni groziła kara śmierci, a w najlep- szym razie Oświęcim. Matka Krysi, z wykształcenia prawniczka, pracowała w biurze prawnym, którego szefem był Niemiec. Dzięki niemu udało jej się uzyskać „łagod- niejszy” wyrok – obóz koncentracyjny w Oranienburgu i sąd na terenie Rzeszy. Krysia przeżyła w obozie prawie dwa lata, zanim zachorowała na płuca. Podleczyli ją w szpi- talu obozowym, po czym została skierowana jako więźniarka do pracy domowej w ro- dzinie niemieckiej. Miała szczęście w tej nieludzkiej sytuacji – ci Niemcy okazali się względnie przyzwoici i nieźle ją traktowali.
Po zajęciu wschodniej części Berlina przez wojska sowieckie udało jej się przedo- stać do strefy amerykańskiej, gdzie w służbie u Amerykanów pracowała półtora roku. W 1946 roku wróciła do Polski. Lata wojny, pobyt na Szucha, obóz... Ten straszny czas poranionej młodości odbił się piętnem na Krysi charakterze.
PRZYJECHAŁA DO MNIE... DO NAS
Po przyjeździe z Niemiec do Polski Krysia spotkała znajomego z pierwszych lat okupacji. Po roku się pobrali. W końcu 1948 roku urodził im się syn, Juliusz. Małżeń- stwo się nie układało, rozeszli się. Syna wychowywała sama. I właściwie tak to trwa- ło do naszego ślubu, kiedy zamieszkała ze mną w Stadninie Koni w Mosznej. Oboje byliśmy pełni obaw, czy jej, kobiecie z miasta, uda się przystosować do życia na wsi. Jak się okazało, niepotrzebnie. Zaaklimatyzowała się łatwo i szybko, choć tęskniła za Warszawą, a przede wszystkim za synem. Dzięki Krysi moje kawalerskie mieszkanie nareszcie stało się miłe i przytulne. Interesowała ją moja praca, często towarzyszyła mi w wieczornych obchodach stajen i objazdach oddziałów stadniny. Miała ulubione
– 461 –
...O KRYSI

