Page 465 - Besson&Demona
P. 465

klacze. Zaprzyjaźniła się zwłaszcza z Ile de France i kiedy dawała jej cukier, zawsze nu- ciła tę samą melodię. Bawiła się z nią – schowana za żywopłotem lub drzewem śpie- wała, a wówczas Ile de France, stojąca wśród klaczy na padoku, podnosiła głowę, na- stawiała uszu i galopem biegła w kierunku Krysinego głosu. Wiedziała, że czeka na nią przyjaciółka z kostkami cukru.
ZROBIŁO MI SIĘ ZIMNO I GORĄCO
Krysia lubiła sport. Uprawiała pływanie i skoki do wody, no i pracowała w Przedsiębiorstwie Imprez Sportowych. Te doświadczenia na pewno pomogły jej odkryć jeździectwo. Zdała egzamin i została sędzią w dyscyplinie skoków. Koniecz- nie chciała jeździć konno, więc rozpoczęliśmy regularne lekcje. Po kilku wybraliśmy się na przejażdżkę. Krysia jechała na spokojnej Pomonie, tej samej, na której jeździła podczas lekcji. Wszystko szło świetnie. Jechaliśmy stępem drogą, którą przecinał tor kolejowy. I gdy już byliśmy niedaleko toru, a dróżnik opuścił szlabany, ponieważ nad- jeżdżał pociąg, wyskoczył pies i oszczekał nas. Spłoszona Pomona ruszyła galopem. Zrobiło mi się zimno i gorąco. Pomona była koniem sportowym, wiedziałem, że nie zawaha się i skoczy. Nad tym szlabanem umieszczony był niewidoczny drut służący do jego podnoszenia i opuszczania. Gdyby Pomona skoczyła, to zawadziwszy o drut, musiałaby upaść na szyny wprost pod nadjeżdżający pociąg. Nie miałem szans, aby je dogonić. Były za blisko szlabanu. Na szczęście Krysia nie straciła głowy i powoli za- trzymała Pomonę. Ta historia skłoniła mnie do zaprzestania nauki jazdy.
...O KRYSI
TO BYŁ NASZ DOBRY CZAS
Moją żonę interesowały zawody konne i towarzyszyła mi niezależnie od tego, czy występowałem jako zawodnik, trener czy sędzia. Bardzo miłe były te nasze wspólne wyjazdy, długie dyskusje na temat przebiegu konkursów. Choć Krysia miała pra- wo jazdy, to jednak niechętnie siadała za kierownicą, natomiast była znakomitą towarzyszką podróży, a często, w trudnych wa- runkach, „jechała razem ze mną”. Bardzo szybko zżyła się i za- przyjaźniła z moją rodziną. Na Święta jeździliśmy do Krakowa do moich rodziców i do Anuli i Julka Ostrowskich (mieszkali razem z rodzicami) albo zatrzymywaliśmy się na Brackiej – u Zosi i An- drzeja Morawskich. I tu, i tam byliśmy przyjmowani bardzo ser- decznie. Pobyt na Brackiej zawsze był związany z brydżem. Mój szwagier bardzo dobrze grał, a przede wszystkim uwielbiał grać.
Anna i Juliusz Ostrowscy z Jaśkiem i Dudkiem (Ludwik), Kraków 1950 r.
– 463 –


































































































   463   464   465   466   467