Page 466 - Besson&Demona
P. 466
BESSON I DEMONA
Mniej szczęśliwa była wówczas moja żona, która w brydża nie gra- ła. Czasem w zimie, a głównie na przełomie kwietnia i maja, jeź- dziliśmy do Andrzejów do Niebieszczan. To był nasz dobry czas – polowanie, doskonałe jedzenie, brydż w miłym towarzystwie. Jeśli teren był przyjazny, wówczas Krysia towarzyszyła nam w polowa- niach, a jeśli wybieraliśmy się na słonki – to zawsze.
I TYLKO KIEDY MIJALIŚMY TO MIASTECZKO...
Na większość zawodów jeździliśmy samochodem, zwłaszcza jeśli były to imprezy międzynarodowe, mistrzostwa Polski albo zawody krajowe organizowane w miejscach atrakcyj- nych lub tam, gdzie mieszkały nasze rodziny – do Krakowa i do Sopotu. Skończyła się moja kariera jeździecka i trenerska, często teraz sędziowałem zawody w skokach i WKKW. Zapraszano mnie także w charakterze sędziego na zawody za granicą. Po Mistrzo- stwach Europy Juniorów w WKKW, które odbyły się w 1983 roku w Dżonkowie, zostałem zaproszony do Luhmühlen jako sędzia Mistrzostw Europy Młodych Jeźdźców. Zgodnie ze zwyczajem, na międzynarodowe zawody o cjele są zapraszani wraz z żona- mi. Skorzystaliśmy z tego i pojechaliśmy we dwójkę.
Z Warszawy do Luhmühlen jest około dziewięciuset kilometrów, chcieliśmy tę trasę przejechać w ciągu jednego dnia. Długie były zatem przygotowania, zwłaszcza moja żona robiła to starannie. W końcu wyruszyliśmy. Podróż płynęła spokojnie, choć wówczas Luhmühlen leżało w RFN, należało zatem przejechać dwie granice i przejść cztery kontrole paszportowo-samochodowe. Samochód sprawdzano szczegółowo zarówno wewnątrz, jak i od spodu na specjalnym kanale, a w kontroli brały udział wyszkolone psy. Wy- wierało to na nas okropne wrażenie. No i jeszcze po drodze musie- liśmy przejechać koło Oranienburga. Już sama nazwa miasteczka budziła emocje, mimo to Krysia starała się być opanowana.
Do Luhmühlen, zapraszani przez Wolfganga Felda – główne- go organizatora zawodów, a mego dobrego znajomego jeszcze z czasów wspólnych startów – przyjeżdżaliśmy przez kolejnych osiem lat. Sędziowałem tam głównie zawody seniorów oraz mi- strzostwa Europy. Moja żona biegle mówiła po niemiecku, nie była więc w żaden sposób ograniczona barierą językową, a czę- sto i mnie pomagała.
Zalew na Wisłoku,
1985 r. Od lewej:
Staś Dunin junior, Andrzej
i Carmen Morawscy, Krysia i ja, Stanisław Dunin senior.
– 464 –

