Page 468 - Besson&Demona
P. 468
BESSON I DEMONA
HISTORIA PRZYSPIESZYŁA
W 1989 roku podczas jednego z wyjazdów doświadczyliśmy przyspieszenia historii: w kierunku Luhmühlen przekraczaliśmy granicę polsko-enerdowską i na- stępnie NRD-RFN. W czasie kiedy byliśmy na zawodach, nastąpiło połączenie NRD z RFN. Wracaliśmy już obok pustych strażnic i do przekroczenia mieliśmy tylko jedną granicę: polsko-niemiecką.
Te wyjazdy do Luhmühlen wiązały się nie tylko z pracą. Miałem tam do dyspozycji sa- mochód z kierowcą – Herr Peter bardzo polubił moją żonę i często, kiedy był wolny, obwoził ją po okolicy.
Po ośmiu latach sędziowania w Luhmühlen Jan Stockentri zaprosił mnie w charakte- rze sędziego do Boekelo w Holandii. Mimo że Boekelo leży dwieście kilometrów dalej niż Luhmühlen, to jednak ta podróż była znacznie łatwiejsza. Granica była już jedna, w Świecku, i dalej jechało się autostradą. Autostrady w Niemczech były wówczas w re- moncie i często staliśmy w korku, na ogół między Magdeburgiem a Hanowerem, dlate- go drogę do Boekelo rozkładaliśmy na dwa etapy. Nocowaliśmy albo w Posadowie, albo w Niemczech, w niedużym miasteczku Elze. Chociaż te wyprawy to było całe logistycz- ne przedsięwzięcie, to jednak bardzo je lubiliśmy.
OSTATNI RAZ W BOEKELO
Siostra mojej matki wyszła za mąż za Holendra. Jej najstarszy syn Jan-Peter, mieszkający koło Amsterdamu, zawsze kiedy pojawialiśmy się w Boekelo, przyjeżdżał, aby się z nami spotkać. Lubili się z moją żoną i w czasie zawodów, kiedy byłem zajęty sędziowaniem, towarzyszył jej, obwoził po okolicy, pokazywał zabytki, odkrywał przed Krysią różne ciekawe miejsca.
Nasz dziewiąty pobyt w Boekelo rozpoczął się w przykrych okolicznościach. Mój kuzyn był wówczas bardzo chory i w kilka dni po naszym przyjeździe zmarł. Byliśmy zasmuceni tą wiadomością, nie przypuszczaliśmy jednak, że nasze pożegnanie z Boekelo będzie prze- biegało wręcz dramatycznie. Wracając z krosu, chcieliśmy sobie skrócić drogę, przeszli- śmy zatem na drugą stronę wytyczonej trasy. Krysia, przechodząc pod jedną z przeszkód, za wcześnie podniosła głowę i z całej siły uderzyła czołem o kłodę. Rana była tak głęboka, że krew dosłownie się lała. Na szczęście karetka pogotowia stała jeszcze na trasie krosu. Szybko znaleźliśmy się w szpitalu w niedalekim Enschede. Założyli jej szwy i zrobili opa- trunek. Mnie czekał jeszcze jeden dzień konkursowy, czyli skoki. Krysia leżała w łóżku, ale nazajutrz trzeba było wracać. Z siną i spuchniętą twarzą wyglądała biedna okropnie. Wieczorem dojechaliśmy do Stadniny Koni w Posadowie. Dyrektorem był tam wówczas Adam Kaczmarek, mój dobry znajomy, który w latach sześćdziesiątych był kierownikiem gospodarstwa w Mosznej. Jego żona bardzo troskliwie zajęła się Krysią.
– 466 –

