Page 474 - Besson&Demona
P. 474

BESSON I DEMONA
wódka, pachnący świeży chleb... I tak codziennie przez dwa tygodnie. Ten monotonny rytm naszych wrześniowych wakacji wprawiał nas w stan błogiego lenistwa. Wciąż wspominam tamten dobry czas – słońce, morze, rześkie powietrze, spokój...
RODZINNE SPOTKANIA
Trzy albo cztery razy część urlopu spędziliśmy w Bułgarii. Wyruszaliśmy w dru- giej połowie października, przedłużając sobie w ten sposób lato. Celem naszych wypraw, jak większości Polaków w tamtym czasie, był Słoneczny Brzeg. Raz pojechaliśmy do Zło- tych Piasków. I od razu pechowo – tra liśmy na zimną i deszczową pogodę. O plaży nie było mowy, więc ubrani we wszystko, co mogliśmy, robiliśmy długie spacery. Siedzenie w hotelu też było mało przyjemne, był bowiem nieopalany, pozostawało tylko otulać się w koce. Ale już Słoneczny Brzeg rozpieszczał nas wspaniałą pogodą i ciepłym morzem. Pamiętam, że któregoś razu wracaliśmy do kraju 27 października. Lecąc nad Karpata- mi, widzieliśmy je całe w śniegu. Przeżyliśmy wstrząs termiczny – rozgrzani bułgarskim słońcem, już na lotnisku musieliśmy dzielnie stawić czoła (a przede wszystkim ciała) warszawskiemu chłodowi, było bowiem niewiele ponad zero stopni.
Julek, syn mojej żony, mieszkał wówczas w Kanadzie z żoną i dwiema małymi córecz- kami. Ponieważ po wyjeździe z kraju nie wrócił w wyznaczonym terminie, przeto miał zamkniętą drogę do Polski. Aby zobaczyć się z nami, a przede wszystkim ze swoją mat- ką, postanowił przylecieć do Europy z żoną i starszą, trzyletnią córeczką. Przylecieli do Niemiec, wynajęli samochód i przyjechali do Słonecznego Brzegu. Krysia była szczęśli- wa, nareszcie spotkała się z synem i wnuczką.
To była urocza dziewczynka i bardzo się z nią zżyliśmy. Julkowie zostawili małą pod na- szą opieką, a sami pojechali na parę dni do Turcji. Stałe obcowanie z tą małą istotą było wspaniałe. O dziwo bardzo przywiązała się do nas, a głównie do swej babci. Któregoś dnia poszliśmy z małą na plażę tylko we dwójkę, żona miała do nas dołączyć nieco później. Nie mogłem wejść do wody, mała stanowczo protestowała: „Ja nie pozwalam, możesz się uto- pić”. Nie miałem wyjścia, czekałem na przyjście żony. Kiedy się pojawiła, zapytałem małą, czy teraz mogę się utopić. „Możesz” – odpowiedziała rezolutna kobietka.
TYM RAZEM ODZYSKAŁA PRZYTOMNOŚĆ
Nasze wyprawy nad morze poprawiały stan zdrowia Krysi. Niestety, nie na dłu- go. Choć była pod stałą opieką profesora specjalisty chorób płucnych, ordynatora szpi- tala przy ulicy Płockiej w Warszawie, duszności powtarzały się coraz częściej.
To było wiosenne popołudnie. Krysia czuła się niezbyt dobrze, miała trudności z od- dychaniem. Koło północy duszności ustały, poszliśmy spać. Nagle obudziła mnie.
– 472 –


































































































   472   473   474   475   476