Page 478 - Besson&Demona
P. 478

BESSON I DEMONA
ZOSTAŁY NAM TRZY LATA
Musiałem przemeblować mieszkanie i urządzić Krysi sypialnię w naszym sit- ting roomie – największym pokoju z balkonem. Nie mogła zostawać sama, a ja praco- wałem, często wyjeżdżałem. Pojawiły się zatem w naszym domu opiekunki. Najsym- patyczniejsza była wykwali kowana pielęgniarka Halina. Bardzo się z Krysią polubiły i chociaż często musiała wyjeżdżać, ponieważ pochodziła z Ukrainy i dostawała ze- zwolenie na pobyt na krótki czas, to zawsze do nas wracała.
Nasze życie uległo całkowitemu przekształceniu, ale Krysia dzielnie sobie radziła. Coraz częściej wychodziliśmy na coraz dłuższe spacery. W końcu wsiadaliśmy w sa- mochód i jechaliśmy do lasu lub nad Wisłę. Gorzej było w zimie, spacery po śniegu i lodzie były bowiem niebezpieczne.
Biodro się goiło, znów zaczęliśmy się spotykać ze znajomymi, jeździć na zawody – na Legię, na Torwar. I nagle stało się coś dziwnego – w miarę polepszania się sprawności stawu biodrowego, pogłębiał się problem z oddychaniem, ataki duszności powtarza- ły się z coraz większą częstotliwością, więc w szpitalu przy Płockiej Krysia była coraz częstszym gościem. W końcu profesor poprosił mnie na rozmowę. Nie ukrywał, że stan jest poważny i nie ma nadziei na polepszenie. Jego oświadczenie, tak wyraźne wyar- tykułowanie diagnozy, tego, o czym wiedziałem, ale nie chciałem głośno powiedzieć, a nawet o tym myśleć, kompletnie mnie rozbiło. Musiałem się jednak opanować, pójść do Krysi, rozmawiać z nią i nie dać po sobie poznać, jak tragiczny przebieg miała ta konsultacja. Potem były okresy lepsze, to znów gorsze. Przez trzy lata.
ROZPACZLIWIE PRÓBOWAŁEM JĄ RATOWAĆ
Nadeszła późna jesień i zima, skończyły się nasze wyjazdy do lasu i nad Wisłę. Życie Krysi ograniczyło się do mieszkania, a kiedy było cieplej – wychodziła na balkon. W drugiej połowie stycznia ataki duszności stały się coraz częstsze, w organizmie za- trzymywała się woda. Profesor zaproponował ostre odwadnianie. Można to było zrobić tylko w szpitalu. Krysia nie chciała jechać do szpitala. Chciała umrzeć w domu. Przeżywałem ogromną rozterkę – zabrać żonę siłą, wbrew jej woli, do szpitala czy spełnić jej prośbę? Odbyłem naradę z profesorem. Nie dawał gwarancji, że pobyt w szpitalu przyniesie zdecydowaną poprawę, więc na moim miejscu zgodziłby się na pozostanie w domu. Zostaliśmy.
Wieczorem miała atak. Wezwałem pogotowie. Lekarz był bardzo niesympatyczny. Zo- baczył paczkę papierosów (ja się do nich przyznałem) i zrobił straszną awanturę. Pod- czas podawania zastrzyku Krysia straciła przytomność, nastąpiło zatrzymanie akcji serca. Ani sanitariusze, ani lekarz zajęty awanturą o papierosy tego nie zauważyli. Zacząłem krzyczeć, rozpoczęto reanimację. Udało się. Bezapelacyjnie chcieli zabrać
– 476 –


































































































   476   477   478   479   480