Page 477 - Besson&Demona
P. 477

stwierdził. Uznał, że to zapewne zmęczenie stawu i nogi wskutek długiej jazdy sa- mochodem. Podał środki uśmierzające ból. Wówczas ta diagnoza wydawała nam się przekonująca, właściwie nie było żadnej innej przyczyny, żadnego urazu, który mógł- by prowokować taki ból.
Pod wieczór Krysia znów nie mogła złapać tchu. Pomogłem jej wsiąść do samochodu i pojechaliśmy na pogotowie. Podali zastrzyk rozkurczowy, zbadali biodro i postawili taką samą diagnozę jak uprzednio. Noc upłynęła dość spokojnie, tyle że ból nie ustę- pował, a duszności się powtarzały. Otwierałem okno i drzwi na taras, aby wpuścić jak najwięcej świeżego powietrza. Skutek był jednak przeciwny. Znacznie później dosze- dłem przyczyny takiej negatywnej reakcji. Tuż koło okna rosła duża topola, która aku- rat była w stanie kwitnienia. Jej pył dostawał się do pokoju...
Zaraz po zakończeniu zawodów wróciliśmy do Warszawy. Nazajutrz zawiozłem Krysię na prześwietlenie stawu biodrowego. Okazało się, że przyczyną przeszywającego bólu była złamana główka kości udowej.
Podziw i wzruszenie budził we mnie wielki hart ducha, jakim wykazała się Krysia, dziel- nie wytrzymując w takim stanie pobyt w Sopocie i drogę powrotną do Warszawy.
NARESZCIE NIE BOLI
Trzeba było ten złamany staw naprawić. O radę zwróciłem się do znajomego lekarza. Polecił szpital przy Barskiej i obiecał kontakt z kolegą chirurgiem ortopedą. Pojechaliśmy na konsultację. Po długim oczekiwaniu w końcu zostaliśmy przyjęci. Le- karz obejrzał staw, nogę, zdjęcia rentgenowskie i oświadczył, że... w tym wieku takich operacji się nie robi. Na moje pytanie, co w takim razie należy zrobić, odpowiedział: „Nauczyć się żyć ze złamaniem”. Na takie dictum zabrakło mi tchu! Wyszliśmy z gabi- netu. Zatelefonowałem do znajomego lekarza, a on z kolei do swojego kolegi chirurga. Ten łańcuszek znajomości sprawił, że już po godzinie Krysia została przyjęta do szpi- tala i nawet znalazło się łóżko w malutkim dwuosobowym pokoju. Oczywiście najważ- niejsze było dla mnie to, aby Krysia przestała cierpieć. Trudno było jednak uwolnić się od myśli: co mają zrobić ludzie niemający znajomości? Co zrobilibyśmy my, gdyby nie szczęśliwa okoliczność, że znaliśmy właściwego lekarza?
Późnym wieczorem wróciłem do domu. Nazajutrz zwolniłem się koło południa z biura i znów byłem w szpitalu. Operację wyznaczono w godzinach rannych. Miała ją prze- prowadzić sympatyczna, bardzo młoda lekarka. Do późnego wieczora siedziałem przy Krysi, rozmawialiśmy, a ja starałem się oderwać jej myśli od zabiegu, chociaż sam byłem bardzo zdenerwowany.
Przez dwa tygodnie po operacji, dzień w dzień, przyjeżdżałem do szpitala wczesnym popołudniem i zostawałem do wieczora. Spodziewaliśmy się, a właściwie mieliśmy nadzieję, że najgorsze za nami.
– 475 –
...O KRYSI


































































































   475   476   477   478   479