Page 22 - 50_LiryDram_2026
P. 22

  Jak wspominasz swoje dzieciństwo?
Moje dzieciństwo było rozpięte między trze- ma zupełnie różnymi światami, które ukształ- towały we mnie dzisiejszą uważność. Pierw- szym z nich był świat śląskich podwórek – su- rowy, głośny, a czasem wręcz niebezpieczny. To była twarda lekcja rzeczywistości, gdzie beton nie wybaczał błędów, a przestrzeń wo- kół rzadko bywała łagodna.
Drugi świat był moją pierwszą ucieczką w stronę światła – to był dom kultury. Tam, pod okiem mojego pierwszego reżysera, pana Gerarda Szyndzielorza, uczyłam się, że rze- czywistość można przetwarzać przez sztu- kę. Teatr dawał mi narzędzia, bym mogła opowiadać siebie inaczej, niż dyktowało mi to podwórko.
Ale był też trzeci świat, ten najważniejszy, mój intymny mikrokosmos – dom babci Ewy, tej „od najdłuższej drogi”. To tam uciekałam w każde wakacje, ferie i święta. W tamtym domu czas płynął inaczej; tam czułam się ko- chana, potrzebna i – po raz pierwszy w pełni – bezpieczna. To właśnie tam, w cieple bab- czynej obecności, narodziła się moja wraż- liwość, którą do dziś staram się przelewać na papier. Ten dom był moją pierwszą praw- dziwą przystanią, pierwowzorem wszystkie- go, co dziś buduję w Macondo
Jak zaczęła się Twoja przygoda z pisaniem?
Moja przygoda z pisaniem nie zaczęła się od biurka, ale od rytmu pracy na roli i echa ro- dzinnych głosów. Literatura wchodziła we mnie w sposób najbardziej pierwotny, nie- mal ludowy. Mój dziadek Paweł, mąż Ewy, pisał, podobnie jak jego syn, wujek Wiesław Mazur. Ale to babcia, choć skończyła zaled- wie trzy klasy szkoły, stała się moją pierw- szą przewodniczką po świecie wielkich strof.
Pamiętam, jak wracając z pola, nuciliśmy bal- lady Mickiewicza. Dla mnie wtedy „Powrót taty” czy religijne pieśni nie były „literaturą z najwyższej półki” – były częścią krajobrazu, naturalną jak szum drzew czy zmęczenie po pracy. W tym rytmie zaczęły rodzić się moje pierwsze rymowanki. Przez lata dojrzewały we mnie, choć początkowo były to proste, naiwne rymy, dalekie od dzisiejszej formy.
Przełom przyszedł znacznie później, około trzydziestki, kiedy na mojej drodze stanął Ja- cek Dudek – mój obecny mąż. To on, będąc już dojrzałym twórcą, pomógł mi oszlifować tę surową wrażliwość i pokazał, jak zamie- nić rymowanie w świadomą poezję. Można powiedzieć, że w Macondo moje pisanie za- toczyło koło: od ludowych ballad śpiewanych u boku babci, po dojrzałe słowo, które dziś niesie moją własną opowieść
Dlaczego wybrałaś poezję, a nie prozę?
Poezja była wyborem mojego serca – a ono, jak to serce, bywa niecierpliwe. Nie ma w sobie zgody na długie, rozwlekłe opisy, za to kocha celność uderzenia. Wiersz pozwala mi dotknąć sedna jednym błyskiem, jednym obrazem, bez zbędnego błądzenia między akapitami.
Proza bywa dla mnie zbyt rozgadana, choć paradoksalnie to właśnie w niej szukam po- etyckiego pierwiastka. Uwielbiam Margaret Atwood właśnie za to, że jej język parzy i po- rusza jak dobra poezja. Najbardziej fascynuje mnie literatura iberoamerykańska – ten ich „realizm magiczny”, gdzie słowo ma niemal fizyczną wagę. To nie przypadek, że mój dom pracy twórczej nazwałam Macondo. To hołd dla Stu lat samotności Marqueza i dla takie- go rodzaju pisania, w którym granica mię- dzy prozą a poezją zaciera się, a świat real- ny przenika się z tym wyśnionym. W poezji
20 LiryDram styczeń–marzec 2026























































































   20   21   22   23   24