Page 105 - 13_LiryDram_2016_OK
P. 105

szego. Raczej był tu księciem, bo trenował sztuki walki, był rozpoznawanym autorem książek, miał honoraria autorskie.
Duże mieszkanie było puste i zimne. Miesz- kał w nim z matką, która niemal uwięziona chorobą nóg bardzo o niego dbała. Kiedyś zbudziła mnie w środku nocy z pytaniem, czy nie zamieniłem z Romanem maryna- rek. O matce nie tylko mówił dobrze, ale w każdej minucie gotów był pobić się z każ- dym o dobre jej imię.
Potem w ważnym tomie Dom z wierszy przywoływał obraz, że dom Nie zdążył jej pożegnać nie ukląkł Nie pokłonił się został sam.
Te spotkania nasze zaowocowały felietona- mi Romana w „Poezji”. Potem zapropono- wałem, żeby przyszedł do redakcji na sta- łe. Otrzymał propozycję połowy etatu. Ale nie przyjął. Czy nie chciał utracić swobody? A może raził go swoim obcesowym stylem bycia Bohdan Drozdowski, który sam siebie nazywał jadowitym Żmudzinem i znany był z ostrych polemik, wręcz bijatyk słownych i był nie w smak wielu wpływowym ludziom ze środowiska literackiego. Zarzucali mu, jak
to mówił Boy „bóg wi co”, a to nacjonalizm, a to nieliczenie się z hierarchią literacką, a to podlizywanie się wojsku. Teraz dopiero widać, jakie to były bzdury.
W ciągu wielu lat spotkań przy piwie, wy- jazdów na wieczory autorskie do Radomia, Siedlec, Skarżyska-Kamiennej, warsztaty na Ziemi Lubuskiej i w wielu, wielu miej- scowościach, robiłem z nim wywiady, za- pisywałem wrażenia. Proszę nie myśleć, że są one stylizowane. Roman Śliwonik był w wypowiedziach literackich profesorski. Używał języka o pełnym krytycznym wy- razie, bronił powagi, nawet wpadał w lekki patos, bo w ogóle w tamtych czasach mniej się plotkowało, mniej ironizowało, mniej sprowadzało sprawy, ludzi, samą literaturę do parteru. Wystarczy sobie uświadomić, jak żywa była pamięć poetów, którzy zginęli w czasie okupacji. Jak język Baczyńskiego, Stroińskiego, Sebyły, Czechowicza, Piwo- wara, Bojarskiego, Borowskiego był żywy, aktualny, dramatyczny, w tonacji gdy broń dymiącą z dłoni wyjmę..., Odchodzą wszy- scy ukochani, po jednym wszyscy – krzyże niosąc... A oto zapis nieadjustowany:
– Przyjechaliśmy z ojcem z pięknych krajobrazów Puszczy Mariańskiej spod Skierniewic do Warszawy w 1945 roku. Jeszcze Warszawa się paliła. Przechodziły przez nią armie. Codziennie zdarzały się gwałty i napady. Nie było dojścia do tak bliskich
mi dziś ulic jak Wilcza, Hoża, Nowogrodzka, Poznańska. Wszyscy się wszystkich bali. Od Nowogrodzkiej na Żoliborz szedłem przez Getto. Dopalało się. To były Tatry gruzu. Nocą macało się miejsce, żeby postawić stopę. Widziało się ten straszny bandytyzm Niemców. Zacząłem początkowo chodzić do gimnazjum im. Adama Mickiewicza
na Placu Wilsona. Jednocześnie w tajemnicy przed matką trenowałem boks. Zapisałem się do popularnego Koła Młodych przy ZLP w 1953 r. Rozpoczęły się lektury, spotkania z kolegami, rozmowy, zjazdy, sympozja, koncerty jazzowe. Już w roku następnym dobraliśmy się do Witkacego, jego prozy, dramatów, wypowiedzi. Trzeba było do tej
październik-grudzień 2016 LiryDram 103


































































































   103   104   105   106   107