Page 106 - 13_LiryDram_2016_OK
P. 106
lektury mieć wówczas specjalne zaświadczenie. Do 1956 r. miałem przeczytane wszystkie dostępne książki tego pisarza. Dlatego denerwuje mnie, gdy czytam o sobie jako o poecie naiwnym. Miałem przygotowanie. Opiekunami Koła Młodych byli Arnold Słucki, Arnold i od Żdanowa i od Cyganów, i Andrzej Drawicz, znawca literatury rosyjskiej, ale też wielbiciel Gałczyńskiego. Potem zajmowała się nami Janina Dziarnowska, nauczycielka i reporterka, i Henryk Gaworski, typowy pryszczaty. Pamiętam na spotkaniach, dyskusjach i wykładach, jak przychodzili: odważna Monika Kotowska, ta od opowiadań „Bóg dla mnie stworzył świat”, Magda Leja, co pisywała w „Po prostu”, a w tytułach był tam krzyk, zawsze zbuntowany, ocierający się o kryminał, z zawodem szofera, Marek Hłasko, przystojniak, z jakimiś epizodami rosyjskimi i wrocławskimi Aleksander Minkowski. Kogo tam nie było? Aktywiści, buntownicy, cwaniacy, dużo, dużo przyjezdnych, przesiedlonych, partyzantów, katolików, rewolucjonistów. Odbywały się regularne wykłady na tematy z dawnej i nowej literatury, no i ideologii. Wyróżniały się wykłady Stefana Żółkiewskiego, choćby o Mickiewiczu. Na seminariach, spotkaniach autorskich i dyskusyjnych wypełniała się cała stuosobowa sala am teatralna. Muszę przyznać, że była to dobrze zorganizowana robota.
Ale do Koła nie pasowałem. Wiele by o tym mówić, bo
podobno swoim przykładem „opóźniałem marsz do socjalizmu”.
Nie przyjmowali moich wierszy. Polemizowałem, stawiałem się ostro. W ostateczności odwołałem się do bardziej doświadczonego Jerzego Putramenta, był ważny, pomagał Miłoszowi, bo pochodzili z tych samych Żagarów wileńskich. On przeczytał moje wiersze
i opowiedział się za mną, teraz, i innym razem, kiedy miałem kłopoty z prawem. Zbigniew Bieńkowski, który miał z nami zajęcia, prowadził dział poetycki w „Twórczości” i gustował
w poezji awangardowej wziął tam moje wiersze do druku /1955 nr 10/. Tak odbył się mój debiut, w atmosferze skandalu.
– Przypomnę, że debiutem książkowym był tom /wznawiany potem/ „Ściany i dna”, takie poszukiwanie wolności w świecie ciasnym, mrocznym, zamkniętym. Można by powiedzieć, że było
to jak w sektach – nawracanie na wolność ludzi porażonych bólem i cierpieniem. To jakby rozcinanie naszego szarego dnia światłem i wierszem. Wiersz, jak błyskawica, ma oświetlić podróż ku przyszłości. Poezja tu, jak sen na jawie, pozwala równocześnie świat przeżywać i przeżywanie, istnienie, oglądać od zewnątrz. Pogoda istnienia jest możliwa za cenę „ciemności za naskórkiem światła i grobu”. „Nie możemy mieć jednej twarzy/ niewolnika faraonów”. Metafora budowania piramid, bez liczenia się z kosztami ludzkiej wydolności, obiegła całe pokolenie okupacyjne i powojenne.
104 LiryDram październik-grudzień 2016

