Page 307 - Besson&Demona
P. 307
Z POMOCĄ OPATRZNOŚCI RZYM NA OTARCIE ŁEZ
W nagrodę za wyniki w Akwizgranie, na otarcie łez, PKOl zaproponował mi wyjazd do Rzymu w roli obserwatora. Oczywiście chętnie z tego skorzystałem i po- lecieliśmy razem z płk. Tadeuszem Grabowskim (z ramienia PZJ). Mimo że pułkow- nik był już wówczas starszym panem i różnica wieku między nami była duża, okazał się znakomitym towarzyszem tej wyprawy.
Polecieliśmy samolotem czarterowym wraz z paroma drużynami PZLA. Lot był dosyć urozmaicony, gdyż w drugiej połowie naszej podróży w tym dwusilnikowym turbośmi- głowcu wysiadł... jeden silnik. Leciało się więc dosyć dziwnie, rzucało nami niemiło- siernie. Zdecydowana większość pasażerów ciężko przechodziła chorobę morską, tyle tylko że nie na statku, lecz w samolocie. Znalazłem się wśród kilku szczęśliwców, którzy nie chorowali. Trudno sobie nawet wyobrazić, jak czuli się pechowcy, którzy następne- go dnia mieli startować. Pamiętam, że byli między nimi gimnastycy.
Lotnisko w Rzymie nie chciało przyjąć samolotu z awarią silnika i kazali nam wypalić cały zapas paliwa. Lataliśmy więc około pół godziny nad rozgrzanymi wzgórzami Pół- wyspu Apenińskiego, a nasz wehikuł co chwila wpadał w jakieś zawirowania gorącego powietrza. Z perspektywy 50 lat muszę przyznać, że koniec tego lotu do przyjemności nie należał. Mój biedny towarzysz pochorował się okropnie, ale jak to stary ułan – fan- tazji nie tracił. W końcu wylądowaliśmy szczęśliwie, w czym wielka zasługa naszych znakomitych pilotów. Lotnisko było opróżnione z samolotów, a wzdłuż pasa lądowania stało wiele karetek pogotowia i wozów straży pożarnej.
Po odprawie paszportowej (przylatywaliśmy przecież zza żelaznej kurtyny) wsadzono nas do autokaru, aby zawieźć do wioski olimpijskiej. I kiedy już wyjeżdżaliśmy z tere- nu lotniska, zobaczyliśmy, jak nasz samolot (po dokonaniu pobieżnej naprawy) ledwo oderwał się od ziemi i ponownie lądował. Cóż się stało? Zapalił się drugi silnik! Trzeba przyznać, że opatrzność nad nami czuwała.
JESTEŚMY NA KWATERZE – CAŁEJ W MARMURACH, W POBLIŻU FONTANNY DI TREVI
W wiosce olimpijskiej przywitaliśmy się z ekipą i mjr. Konem, który pełnił funk- cję sędziego. Od razu dotarły do nas niezbyt pomyślne wiadomości dotyczące zdrowia naszych koni. Krokosz i Gafme zachorowały na tak zwaną chorobę transportową. Wciąż miały dosyć wysoką gorączkę, tak że ich start stał pod znakiem zapytania.
Chwilę porozmawialiśmy i odwieziono nas do centrum miasta, gdzie mieliśmy zamó- wioną kwaterę. Rzym, jak zawsze, uwodził urodą – dostaliśmy pokój w pięknym sta- rym domu, w pobliżu Fontanny di Trevi*, najbardziej znanej rzymskiej fontanny. Nasza „kwatera” dosłownie tonęła w marmurach, także podłoga była nimi wyłożona. Gru- be mury zapewniały miłą temperaturę, o klimatyzacji w starych domach wówczas nie
– 305 –
... O SPORCIE

