Page 388 - Besson&Demona
P. 388
BESSON I DEMONA
Nieco deprymujące i dla mnie, i dla naszych zawodników było oglądanie treningów wielu ekip. Niektórzy stawiali swoim koniom olbrzymie wymagania, żądając skoków przez przeszkody najwyższych rozmiarów.
Warunki indywidualnego konkursu w skokach przewidywały możliwość startu jedynie trzech zawodników z każdej ekipy narodowej. Przez cały okres poprzedzający start olim- pijski bacznie śledziłem zarówno jeźdźców, jak i konie i starałem się, aby szczytową formę osiągnęli na konkurs zespołowy, który był naszym głównym celem. Do konkursu indywidualnego należało ostatecznie zgłosić trzy pary. Forma Biszki i Chandżara była wysoka, więc one nie budziły wątpliwości, chodziło o decyzję: Bronz czy Poprad. Z jed- nej strony przerwa w treningu Bronza rodziła duże obawy, z drugiej łatwość, z jaką po- wracał do wysokiej formy, przemawiała za tym wyborem. Poprad ze względu na kłopoty z oddechem był pod stałym nadzorem lekarza weterynarii, który przygotowywał go do konkursu zespołowego. Przechodził kurację witaminową i przed każdym forsowniej- szym treningiem dostawał tlen. Efektem tych zabiegów była duża świeżość i znakomita forma. Niestety, jego jeździec nie wykazywał najlepszego samopoczucia i odporności psychicznej i prosił o niezgłaszanie go do konkursu indywidualnego, aby zaoszczędzić siły na konkurs zespołowy. Ponieważ na Poprada bardzo liczyłem w konkursie zespoło- wym, przeto ostatecznie zdecydowałem się na Bronza. W przeddzień konkursu ogło- szono listę startową według losowania. Nasi mieli wystąpić w kolejności: Grodzicki na Biszce, Kozicki na Bronzie i Kowalczyk na Chandżarze.
Konkurs miał się rozpocząć o godzinie dziesiątej, przyjechaliśmy do stajni przed siód- mą. Wjeżdżając na teren stajen, zobaczyliśmy lorę wywożącą zwłoki konia. O Boże – po- myślałem – mam nadzieję, że to nie nasz. Kiedy wchodziłem do stajni, serce mi stanę- ło – zobaczyłem otwarty boks Chandżara. Przed godziną padł. Po sekcji zrobionej przez dwóch profesorów weterynarii okazało się, że przyczyną zgonu był zawał. Dr Wąsowski, opiekujący się końmi nie tylko WKKW, lecz także skoczkami, przed dużym wysiłkiem podawał koniom dozwolone środki wzmacniające, wszystkie one na to doskonale reago- wały. Tym razem z zupełnie niezrozumiałych, nie tylko dla mnie, powodów prawdopo- dobnie zastrzyk wywołał zawał. Ten wypadek strasznie podziałał nie tylko na naszą eki- pę, lecz i na wielu uczestników olimpiady, a głównie na Anglików, z którymi dzieliliśmy stajnię. Ich częstym gościem był książę Filip.
GALOPOWAŁ SPOKOJNIE I... PRZEKROCZYŁ CZAS
Musiałem włożyć maksimum wysiłku, aby po stracie najpewniejszej pary opa- nować się i zająć tymi, którzy mieli startować. Tylko duży hart ducha Jana Kowalczyka pozwolił na opanowanie sytuacji. Z ogromną tremą wychodziłem z naszymi jeźdźcami na płytę stadionu. Gospodarz toru, płk H.H. Brinckmann, raz jeszcze dowiódł, że jest znakomitym fachowcem i równie fantastycznym artystą. Pomysłowe, estetyczne prze-
– 386 –

