Page 436 - Besson&Demona
P. 436

BESSON I DEMONA
KUROPATWY, RAP I... KOMPROMITACJA
Na trzynastą Gwiazdkę znalazłem pod choinką strzelbę. Była to dubeltów- ka kurkowa, kaliber 26. Strzelało się z niej nabojami z dymnym prochem. Po strzale przez dobrą chwilę widać było tylko obłok dymu, a dopiero kiedy się rozwiał, można było zobaczyć rezultat. Na poprawienie strzału z drugiej lufy nie było zatem szans. Próbowałem z niej strzelać, ale efekty były mizerne. Pamiętam, że to był początek września. Rodzice gdzieś wyjechali, a ja wziąłem strzelbę, Rapa (wyżła ojca) i posze- dłem za podwórze w karto e. Kuropatw było bardzo dużo, więc Rap szybko stójką za- sygnalizował cieknące przed nami stado. Po paru krokach zerwały się, ja strzeliłem, ale nie zrobiłem im żadnej szkody. Rap spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Po kilkuna- stu krokach znów zrobił stójkę i historia się powtórzyła. Wówczas dojrzałem w oczach psiska politowanie. Co gorsza, obojętny na moje wołanie: „Rap, do nogi”, pomaszero- wał do domu. Tak niefortunnie zakończyło się moje pierwsze polowanie na kuropatwy. Minęło trochę czasu i w końcu przyznałem się rodzicom do mojej (i Rapa) wyprawy. Chociaż wzbudziłem opowieścią o tej przygodzie rozbawienie, to jednocześnie dosta- łem naganę za niesubordynację, za to, że poszedłem na polowanie bez pozwolenia. Rygor pod tym względem panował bezwzględny.
DOTKNĄŁEM TAJEMNICY ŚWIATA
Z czasem zacząłem uczestniczyć w mniejszych polowaniach, używając szesnast- ki mojego brata (pod jego nieobecność), w końcu ojciec dawał mi jedną ze swoich dwu- nastek. Była to znakomicie bijąca zauerówka. Wielkanoc 1935 roku zapamiętałem wła- śnie ze względu na polowanie. Ojciec dostał zaproszenie na toki cietrzewi do Secemina do państwa Lohmanów. Na tę wyprawę zabrał mojego kuzyna Maćka Dreckiego i mnie. Bardzo byłem przejęty, nigdy bowiem cietrzewi nie widziałem, a toków nie słyszałem. Secemin leży około dwudziestu pięciu kilometrów od Słupi, pojechaliśmy więc po połu- dniu poprzedniego dnia. Po kolacji starsi zasiedli do brydża, a ja poszedłem spać. Z prze- jęcia długo nie mogłem zasnąć, byłem ciekaw, jak ta wyprawa łowiecka będzie przebie- gać. Pobudka nastąpiła o drugiej w nocy. Wypiliśmy herbatę i wyruszyliśmy.
Na jednej bryczce jechał ojciec z moim kuzynem, a na drugiej pan Jan Lohman i ja. Po godzinie się zatrzymaliśmy. W zupełnych ciemnościach czekał już na nas gajowy. Pro- wadzony przez niego, przedzierałem się przez gęste zarośla i mokradła na skraj lasu. Tam posadzono mnie w budce zrobionej z choiny i przykazano, abym siedział cicho i nie ruszał się, a ze strzelaniem mam się nie spieszyć, aż koguty zaczną grać. Siedziałem zatem cichutko w zupełnych ciemnościach chyba półtorej godziny. Od czasu do czasu przelatywały dzikie kaczki, słyszałem charakterystyczny świst ich lotek, jakiś grubszy zwierz (pewnie sarna) przedzierał się przez krzaki. Gdy niebo od wschodu zaczęło się
– 434 –


































































































   434   435   436   437   438