Page 438 - Besson&Demona
P. 438
BESSON I DEMONA
nieraz udawało mi się – zostawałem na takie dwa dni zwolniony ze szkoły i wówczas brałem udział w tych przygotowaniach. Osobno odbywała się odprawa z furmanami, którzy podwozili myśliwych. Na każdych dwóch myśliwych przewidziana była jedna bryczka. Czterech gajowych było odpowiedzialnych za zwerbowanie nagonki, każdy z nich miał swoją grupę składającą się z dwudziestu, dwudziestu pięciu naganiaczy, którymi w trakcie polowania dowodził i za których był odpowiedzialny. Myśliwych było dziesięciu, dwunastu. Niektórzy przyjeżdżali w przeddzień, bliżsi sąsiedzi ra- no w dzień polowania. O siódmej trzydzieści było śniadanie, a o ósmej podjeżdżały bryczki, myśliwi zajmowali w nich miejsca zgodnie z przyznanymi numerami i jechali na stanowisko pierwszego miotu lub sztrajfy. Polowanie osobiście prowadził mój oj- ciec, oczywiście nie biorąc w nim udziału jako myśliwy. Ja natomiast, konno, byłem jego pomocnikiem. Koło południa ogłaszano przerwę na myśliwskie śniadanie. W za- leżności od pogody albo urządzano je w lesie, przy ławach i stołach, albo w domu. Zwykle w holu, gdzie posadzka była kamienna (co było istotne ze względu na zabło- cone obuwie). Kucharz serwował bigos, zrazy z kaszą lub ziemniakami oraz przystaw- ki i czerwony barszcz z pasztecikami. Alkohol był do dyspozycji, ale na ogół myśliwi w czasie polowania nie pili. Po śniadaniu wyruszano z powrotem na polowanie. Czę- sto zaczynało się od trzech leśnych miotów położonych niedaleko podwórza. Ten las nazywano Doły, był bowiem przecięty dwoma zagłębieniami, powstałymi wskutek wybierania z nich kiedyś gliny do (nieistniejącej już) cegielni. To było ulubione siedli- sko bażantów. Dobry myśliwy na jednym stanowisku strzelał dwadzieścia, dwadzie- ścia pięć kogutów, u nas bowiem kury były pod ochroną i nie strzelało się do nich. Mioty w Dołach były typowo bażancie, natomiast pozostałe leśne miały zwierzynę mieszaną – zające, bażanty, króliki, a czasem lisy.
Polowanie kończyła streka, czyli pokot ubitej zwierzyny. Gajowi grali hejnał „Zakoń- czenie polowania” i składano meldunek, ile padło zwierzyny, kto i z jakim wynikiem został królem polowania.
Wieczorem wszyscy uczestnicy polowania spotykali się na kolacji, a po niej, często do rana, tańczono. Starsi panowie czasem zasiadali do brydża, ja wracałem do Kielc, aby nazajutrz też zasiąść, ale w ławie szkolnej.
JESTEM WICEKRÓLEM
Moje „występy” w roli myśliwego ograniczały się do udziału w polowaniach rodzinnych, wigilijnych, a czasem sylwestrowych – w tych polowało się przeważnie na terenach peryferyjnych, które nie były objęte polowaniem głównym. Nasze go- spodarstwo stawowe znajdowało się na końcu terenów łowieckich i z jednej strony graniczyło z obwodem leśnym zwanym Czarnym Lasem, z drugiej zaś, od zachodu, ze stawami należącymi do majątku Szczekociny. Było ono oddalone o dwanaście ki-
– 436 –

