Page 439 - Besson&Demona
P. 439
lometrów od Słupi. Przez środek stawów przepływała Pilica, na której stoi (obecnie nieczynny) drewniany, wodny młyn. Na stawach pełno było dzikich kaczek, przeważ- nie krzyżówek, ale były też cyranki i podgożałki. Sezon zaczynał się 15 lipca, więc mogliśmy uczestniczyć w tych polowaniach, bo był to czas wakacji. Polowaliśmy zwy- kle w dwie, trzy strzelby. Zaczynało się od przepustek, na których był zasiany owies. Kiedy był już dojrzały, zalewano go wodą, tak że wystawały jedynie kiście. Zawsze było tam pełno kaczek. Obstawialiśmy groble, a stawowy płynął łódką, płosząc je. Po- wtarzaliśmy ten sposób i na stawach, płosząc kaczki z nielicznych szuwarów, stawy bowiem, ze względu na ryby, były wykaszane. Wieczorem zostawaliśmy na ciągach, kiedy spłoszone kaczki powracały na stawy. Od czasu do czasu po ciągu zostawaliśmy na noc w stodole z sianem na sąsiednich łąkach. Kolację jedliśmy przy ognisku – pie- czone ziemniaki i kiełbaski na patykach, a potem kładliśmy się spać w wonnym sianie. Pobudka była jeszcze po ciemku, aby przed brzaskiem zająć stanowiska na groblach. Czekając na zloty, obserwowaliśmy budzącą się przyrodę. Przeróżne głosy ptactwa wodnego zlewały się w jeden wspaniały koncert. Zloty kończyły się około godziny po wschodzie słońca. Zaprzęgaliśmy wówczas konie, które też nocowały w stodole, ła- dowaliśmy strzelone kaczki, których każdy z nas miał po kilkanaście, i wracaliśmy do domu na śniadanie.
Na Boże Narodzenie w 1937 roku zostaliśmy zaproszeni z moim bratem na polowanie do Ojsławic, do państwa Kowalskich, gdzie wówczas młody Andrzej Kowalski urządzał polowanie dla swoich rówieśników. Zaproszony był przede wszystkim mój brat, a ja tak przy okazji. Sporo było zwierzyny i dobrze mi się strzelało, tak że zostałem wice- królem polowania. Jak się okazało, było to moje jedyne przedwojenne polowanie, nie licząc oczywiście polowań domowych.
Wszystkie te cudowne chwile wracają do mnie przez całe życie. Przeżywam je jeszcze i teraz. Wdzięczny jestem losowi i rodzicom, że stały się moim udziałem.
NIEBIAŃSKIE NIEBIESZCZANY
W tamtych czasach, po wojnie, ze względu na sytuację polityczną, mo- je pochodzenie i przynależność do AK, nie starałem się o uzyskanie pozwolenia na broń myśliwską i prawo polowania. Ale mój szwagier Andrzej Morawski, mieszka- jący w odziedziczonej resztówce o romantycznej nazwie Niebieszczany, w końcu lat czterdziestych czy początku pięćdziesiątych wystarał się o takie pozwolenie dla siebie i swojej żony, czyli mojej siostry Zosi. Wówczas można było indywidualnie dzierżawić teren łowiecki, więc Andrzej wykorzystał ten przepis i uzyskał prawo do polowania... w swoim dawnym lesie i na przylegających polach. Kiedy z rodziną i przyjaciółmi przebywaliśmy w Niebieszczanach, mieliśmy poczucie, może złudne, że nasz przed- wojenny świat trochę ocalał.
– 437 –
...O POLOWANIACH

