Page 441 - Besson&Demona
P. 441
ce Sanockiej, ale zdarzało się, że w Sanoku albo w Zagórzu. Najczęściej była to jednak Dąbrówka, skąd zostawało do pokonania około dziesięciu kilometrów saniami.
W Niebieszczanach stał piękny, stary dwór. Podczas wojny część domu urwała bom- ba. W tamtych czasach nie było mowy o elektryczności na takim odludziu, więc do oświetlenia domu służyły lampy naftowe, ciepło dawały zaś piece, w których paliło się węglem i drewnem. Choć warunki były dość prymitywne, to atmosfera w niebiesz- czańskim siedlisku panowała wspaniała. Moja siostra była doskonałą panią domu, na gości zawsze czekało pyszne jedzenie i serdeczne przyjęcie.
Przyjeżdżaliśmy zwykle wieczorem, przemarznięci po dziesięciokilometrowej sannie od stacji. A tam ciepło, stół zastawiony doskonałymi przekąskami, oszroniona karafka z wódką, mili gospodarze... Mój szwagier przynaglał do zasiadania za stołem, anon- sując, że brydż czeka, no i plan na dzień następny trzeba ustalić. Andrzej był nie tylko zapalonym myśliwym, lecz także świetnym brydżystą i nie przepuścił żadnej okazji, aby siąść do stolika. Moja siostra podzielała te jego pasje. Gościnność Zosi i Andrze- ja przyciągała wiele osób do ich domu, zatem ze znalezieniem czwartego do brydża nigdy nie mieli problemu. W takiej przyjacielskiej, beztroskiej atmosferze często spę- dzałem u nich urlop.
NO TO JA JUŻ PÓJDĘ
To był 1956 rok. Pan Grabowski (zastępca dyrektora stadniny w Mosznej) stwierdził któregoś dnia, że z powodu pogorszenia wzroku zaczyna źle strzelać, więc rezygnuje z polowania i strzelby, ale namawia mnie, abym skorzystał z odwilży poli- tycznej i wystąpił o zezwolenie na broń, a przy okazji kupił tę jego strzelbę. To była szesnastka produkcji NRD, w bardzo dobrym stanie i bardzo dobrze bijąca. Mam ją zresztą do dzisiaj. O dziwo, promesę zezwolenia dostałem bez trudności, był tylko je- den warunek – przed otrzymaniem zezwolenia na kupno broni należało być członkiem jakiegoś koła łowieckiego. Wybrałem zatem najbliższe, dysponujące leżącymi w są- siedztwie Mosznej dobrymi terenami łowieckimi. Prezesem tego koła był komendant MO w Strzeleczkach. Składając podanie o przyjęcie, musiałem odbyć z nim rozmowę. Spodziewałem się, że będzie pytał o broń. I tak się stało. Poinformowałem go, że ku- puję dubeltówkę od pana Grabowskiego, i bez problemów zostałem przyjęty w poczet członków koła.
Od naszej rozmowy upłynęło kilka dni, kiedy wieczorem usłyszałem dzwonek do drzwi. Otwieram, w progu stoi komendant! Zapytał, czy może wejść. Oczywiście za- prosiłem go, nie pytałem jednak, po co przychodzi i czego sobie życzy, a on nie wyja- wiał celu wizyty. Poczęstowałem komendanta herbatą i kieliszkiem wódki, ale ciągle nie mogłem się zorientować, co go do mnie sprowadza. Rozmowa się nie kleiła, aż
– 439 –
...O POLOWANIACH

