Page 442 - Besson&Demona
P. 442
BESSON I DEMONA
w końcu napomknął o mojej strzelbie: że jest ciekaw, czy może ją zobaczyć itp. Nieste- ty, nie może, odpowiedziałem, bo póki nie mam zezwolenia, strzelba wciąż jest wła- snością pana Grabowskiego. Trudno mu było ukryć rozczarowanie, w końcu powie- dział: „No to ja już pójdę” i w ten sposób wyjaśnił cel swojej wizyty. Istniał wówczas, jak mi się zdaje, niepisany zwyczaj, że jeśli funkcjonariusz MO zarekwiruje nielegalnie posiadaną broń, to może ją sobie odkupić po bardzo niskiej cenie. Ponieważ ten ma- newr mu się nie udał, szczęśliwym posiadaczem strzelby zostałem ja.
MOGĘ STRZELAĆ DO SAMCÓW ZWIERZYNY PŁOWEJ
Przez kilka lat polowałem w kole Strzeleczki. Zwierzyny było tam sporo, ale stosunki w kole niezbyt sympatyczne. Przeniosłem się do koła w Białej. Tam relacje między członkami koła były bardziej koleżeńskie, a przede wszystkim do koła należały doskonałe tereny leśne z jeleniami, sarnami, dzikami, a nawet cietrzewiami. W tym pierwszym kole tereny łowieckie ciągnęły się od Odry w kierunku zachodnim, gdzie sąsiadowały z Ośrodkiem Hodowli Zwierzyny w Mosznej. Polowaliśmy głównie na za- jące. Ich stan na przełomie lat 50. i 60. był tak dobry, że na polowaniu padało sześć- dziesiąt, osiemdziesiąt sztuk. Pamiętam takie pędzenie od szosy Strzeleczki – Dobra, w którym wypadło mi stanowisko koło ruin wiatraka. Pędzenie było prowadzone pod lekką górkę, tak że zające szły do przodu na linię myśliwych. Wówczas pod tym wia- trakiem strzeliłem jedenaście zajęcy.
Po pewnym czasie postarałem się o zezwolenie na broń kulową i kupiłem okazyj- nie mocno zużyty sztucer mauser kaliber 8 × 57. Mimo że lufa była rozkalibrowana, strzelało mi się z niego doskonale, i do tego celnie. Zdałem egzamin i zostałem selek- cjonerem z prawem strzałów do samców zwierzyny płowej.
NIE NALEŻY BYĆ PRZESĄDNYM
Dyrektor stadniny w Racocie Romuald Wołkowiński zaprosił mnie na dzicze polowanie. Miały w nim wziąć udział ważne osobistości z Poznania, jeśli pamięć mnie nie myli – dwanaście strzelb. Po śniadaniu pod pałac zajechało sześć bryczek. Dyrek- tor Wołkowiński i ja siedzieliśmy w ostatniej. Kiedy mijaliśmy bramę parku, zoriento- wałem się, że na wieszaku w holu zostawiłem torbę z nabojami. Zrobiło mi się bardzo nieprzyjemnie, ale poprosiłem o zawrócenie. Pan Wołkowiński był z tego powodu bar- dzo niezadowolony. „No jak zawracamy, to możemy już do lasu nie jechać” – nie krył zirytowania, bo wiadomo – kto zawraca z drogi, na polowaniu będzie miał pecha. Skru- szony wyskoczyłem na podjeździe, wziąłem torbę i po paru minutach dogoniliśmy ka- walkadę. Jednak tym moim gapiostwem byłem bardzo speszony. Polowanie było zna-
– 440 –

