Page 444 - Besson&Demona
P. 444
BESSON I DEMONA
i podniósł go za kitę. Przednia część lisa została na ziemi, kula przecięła go na pół. Wi- dząc, co się stało, naganiacz oburzył się i usłyszałem: „Aleś go pan spaprał!”. W na- stępnym miocie strzeliłem sporą lochę. Mimo tych sukcesów kupiłem drugi sztucer, tej samej marki i kalibru, ale... strzelało mi się z niego znacznie gorzej. Widocznie tamten miał specjalne błogosławieństwo Świętego Huberta.
Po kilku sezonach polowań w moim pierwszym kole Strzeleczki przeniosłem się do ko- ła w Białej. Odległość do terenów polnych była nieznacznie większa. Ciągnęły się po prawej stronie szosy Biała – Prudnik i dalej w stronę Nysy. Zajęcy było równie dużo jak w poprzednim kole, ale teren leśny – położony po lewej stronie szosy Łącznik - Pruszków – lepszy, większy i ciekawszy.
GDY MILKNIE PTASI KONCERT
Wolałem polowania w lesie, jest tam większa różnorodność zwierzyny niż na polu. Można spotkać dziki, jelenie, sarny, lisy, a czasem bażanty i zające. Poza tym takie polowanie zawsze wiąże się z pewną dozą zaskoczenia: stojąc na linii między gęstymi młodniakami, nigdy nie wiemy, co i gdzie wyskoczy. Decyzja i strzał muszą być błyskawiczne, a zwierzę ma znacznie większe szanse niż na otwartej przestrzeni. Najbardziej lubiłem polowania wiosenne na słonki i jesienią, kiedy odbywały się ry- kowiska. W naszym kole ciągi słonek były niezłe, ale stosunkowo krótkie. Większość to były słonki przelotne. Jeśli jednak tra ło się w dobrym momencie, można było spotkać ciąg pięciu, sześciu słonek. Podczas polowań w lesie najpiękniej jest po za- chodzie słońca, gdy milknie ptasi koncert i zaczyna się ciąg – najpierw słychać chrap- nięcia, a po chwili ukazuje się słonka z charakterystycznym długim dziobem i szero- kimi skrzydłami. Powinno się na nie polować z psem, aby aportował zdobycz. Inaczej bardzo trudno je znaleźć w gęstym lesie i na ogół po ciemku, nie mówiąc o tym, że barwa ich upierzenia zlewa się z barwą trawy. Na ciągi przyjeżdżał często mój szwa- gier Andrzej Morawski, któremu mogłem się w ten sposób rewanżować za cudowne polowania w Niebieszczanach. Istotne było też to, że miał psa, cocker-spaniela, który doskonale aportował słonki. Zwał się Kari i, oczywiście, dużo wcześniej niż my słyszał chrapanie. Kierował wówczas łeb w odpowiednią stronę. Jego czujność bardzo uła- twiała szybkie dostrzeżenie słonki.
URZEKAŁA WIOSENNA BUJNOŚĆ ZIELENI
Moja siostra z mężem zimę spędzali w Krakowie, ale już w drugiej połowie kwietnia jechali do domu w Bieszczadach. Dom był wysprzątany, wywietrzony, ogród przygotowany na wiosnę. Niebieszczany czekały na gości. Andrzej załatwiał dla nas
– 442 –

