Page 445 - Besson&Demona
P. 445

w nadleśnictwie odstrzały. Polowaliśmy głównie koło Turzańska, niedaleko Komańczy, za Baligrodem, na Rabem, Łubnem i w Cisnej, a także w lesie za Bukowskiem. Rezerwowałem sobie urlop i pod koniec zimy, wczesną wiosną, czekałem z niecierpli- wością na ten wypad. Często tak planowaliśmy nasz wyjazd, aby zaczynał się w koń- cu kwietnia, wówczas można było doliczyć dwa wolne dni: 1 i 3 maja. Ciągi w górach też rozpoczynają się nieco później, poza tym to czas, kiedy można tra ć na lepszą po- godę. Jeździliśmy z moją żoną do Niebieszczan malowniczą trasą: z Warszawy przez Konstancin i Górę Kalwarię do dobrze mi znanych Kozienic, które otula wspaniała puszcza, i dalej w kierunku Sandomierza, przed którym wije się szosa w głębokich lessowych wąwozach. W miejscu, w którym przejeżdża się Wisłę, po prawej stronie wyłania się piękna sandomierska Starówka. Za Wisłą krajobraz zmienia się diametral- nie, jest bardziej płaski, pojawia się inny rodzaj zabudowań. I tak jest do Rzeszowa, ale już za miastem z daleka widać góry i lasy, a droga wiedzie przez teren bardzo pofałdowany. Zawsze stawaliśmy na popas w lesie między Tarnobrzegiem a Rzeszo- wem. Jedliśmy kanapki, piliśmy herbatę z termosu, rozprostowywaliśmy kości, szli- śmy na krótki spacer i dalej w drogę.
W pewnym momencie trzeba było zjechać na szosę Krosno - Sanok, która prowadziła do Dąbrówki, a stamtąd zostawało do Niebieszczan dziesięć kilometrów dobrze zna- nej nam drogi.
Za każdym razem, kiedy przyjeżdżaliśmy w Bieszczady, na nowo odkrywaliśmy piękno tych porośniętych lasami niewysokich gór. I za każdym razem ich widok nas urzekał. Zachwycała wiosenna bujność świeżej zieleni liści przetykanej białymi plamami kwit- nącej czeremchy. Kiedy wjeżdżaliśmy w bramę niebieszczańskiego parku, już z daleka widzieliśmy moją siostrę Zosię. Zawsze nas witała na ganku.
ANDRZEJ DWA BEZ ATU, ANUSIA PIĘKNIE SIĘ UŚMIECHA
Do Niebieszczan na słonki przyjeżdżali także zaprzyjaźnieni Paweł Morawski z żoną Anusią. On zapalony, choć wówczas początkujący, myśliwy, a oboje namiętni brydżyści.
Po przyjeździe szybko rozpakowywaliśmy samochód, przebieraliśmy się i spotykali- śmy na podwieczorku. W całym domu unosił się zapach świeżo parzonej herbaty, kawy i pysznego słodkiego ciasta. Po nabraniu sił ładowaliśmy się do samochodu Pawła, jeżeli jechaliśmy Andrzej, Pawłowie, Krysia i ja. Natomiast jeśli jechała również Zosia, to wy- prawa odbywała się w dwa samochody. Ze względu na bliską odległość najpierw jecha- liśmy do Turzańska lub do lasu za Bukowskiem. Tam właśnie miałem szczęście zrobić dubleta do ćwików, czyli dwóch samczyków toczących walkę w powietrzu, w czasie któ- rej wydają ostry głos. Kiedyś, wracając po ciągu furką do wsi, gdzie zostawiliśmy samo- chód, w świetle księżyca zobaczyliśmy cień wilka. Biegł równolegle z nami w odległości
– 443 –
...O POLOWANIACH


































































































   443   444   445   446   447