Page 447 - Besson&Demona
P. 447
skromne. Po doskonałym obiedzie udawaliśmy się na drzemkę, a koło siedemnastej wyjeżdżaliśmy do lasu.
NIEDŹWIEDŹ RYKNĄŁ, KRYSIA SIEDZIAŁA NA KRZESEŁKU
Turzańsk to było ciekawe miejsce. Zwykle dobrze ciągnęły tam słonki, tylko były dwa mankamenty: właściwie tylko dwa dobre stanowiska, a od miejsca, gdzie zostawialiśmy samochód, trzeba było przejść przez długi potok i szerokie rozlewisko. Zwłaszcza z powrotem było to trudne, bo na ogół panowały już ciemności. Najbardziej lubiłem Rabe, kilka kilometrów za Baligrodem. Dojeżdżało się lasem pra- wie na miejsce, należało tylko pokonać strome, kilkudziesięciometrowe podejście. Stanowiska znajdowały się na wąskiej polanie, za plecami był las, a przed nami młod- nik schodzący w dół. Widok był znakomity i jeśli słonka ciągnęła z dołu, to widać ją było już z daleka. Na tej polanie często znajdowaliśmy ślady żubrów w postaci odcho- dów. Prawie zawsze strzelało się tam dwie, trzy słonki. Ciekawe było na Chryszczacie. Jednak było to bardzo daleko, a strzały dość trudne.
Po drugiej stronie zagłębienia terenowego, naprzeciw Rabego, jest góra zwana Łub- ne. Dojeżdżało się do niej utwardzoną drogą. Należało zostawić samochód i wdrapać się na szczyt. Pokonanie tej drogi zajmowało około dwudziestu minut. Widok z góry był znakomity, ale strzały do słonek dosyć trudne ze względu na szeroki pas, którym ciągnęły. Nigdy nie udało mi się tam strzelić słonki.
Któregoś razu, kiedy Krysia miała już trudności z chodzeniem, nie zdecydowała się po- dejść z nami na górę. Siedziała na krzesełku myśliwskim w pobliżu samochodu. Byłem już na górze, kiedy usłyszałem gdzieś z dołu ryk niedźwiedzia. Pamiętam, że pod tę górę szedłem ponad dwadzieścia minut, ale na dole znalazłem się w dwie lub trzy. Na szczę- ście zastałem Krysię całą. Nawet nie bardzo się przestraszyła, choć, jak opowiadała, tuż przed nią coś strasznie ryknęło, tyle że nic nie widziała. Myślę, że niedźwiedź wyczuł jej obecność i swoje niezadowolenie wyraził groźnym rykiem. Może samochód powstrzy- mał go od wyjścia z zarośli. W każdym razie, widząc Krysię całą i zdrową, odetchnąłem z ulgą. Zbiegając z góry, zdałem sobie sprawę, że tylko strzelając w powietrze mogę go odstraszyć. Na szczęście nie było to konieczne.
TAKA DZIWNA MGŁA I ZŁOTE ŁUSKI
Pojechaliśmy z Krysią i Andrzejem do Turzańska. To był rok 1986. Wieczór był piękny, tylko jakaś dziwna cisza panowała w przyrodzie, żaden ptak się nie odzywał. Na upragniony ciąg, chrapanie i szybujący lot słonki musieliśmy poczekać, aż trochę się ściemni. Poprzedniego dnia ciąg był wspaniały, więc mieliśmy nadzieję, że teraz
– 445 –
...O POLOWANIACH

