Page 448 - Besson&Demona
P. 448
BESSON I DEMONA
też nam się poszczęści. Jednak ptaki się nie odezwały, słonek nie było ani słychać, ani widać. Z trudem przebrnęliśmy przez strumyk i rozlewisko i zawiedzeni dotarliśmy do samochodu. W drodze powrotnej jazdę utrudniała mgła osiadająca na szybie, którą wy- cieraczki z trudem zgarniały. Jakoś dotarliśmy do domu. Nazajutrz rano obejrzałem samochód. Wyglądał dziwnie – cały był pokryty drobnymi złotawymi łuskami. Próbo- wałem szlauchem zmyć osad, ale strumień wody nie mógł sobie poradzić z tą dziwną substancją. Wziąłem zatem szmatę, ciepłą wodę, dodałem płynu do mycia karoserii. Z trudem, ale jakoś umyłem samochód. Przed południem zatelefonowała moja druga siostra z Krakowa i przekazała nam informację, żeby – choć dzień piękny – nie siedzieć na słońcu i postarać się o płyn Lugola. Urlop mi się skończył, więc po obiedzie wraca- liśmy do Warszawy. Po drodze wszędzie widzieliśmy bawiące się dzieci, spacerujących ludzi, pasące się bydło. Nic nie wskazywało na zagrożenie. Dopiero po dwóch dniach ujawniono, że była awaria w Czarnobylu. Rozumiem, że ptaki to wyczuły, ale co to mo- gło mieć wspólnego z tą mgłą i tymi łuskami, które oblepiły mój samochód – nie wiem.
I WTEDY ROZLEGŁO SIĘ ROZPACZLIWE: STACHU, STACHU!
Moim ulubionym polowaniem było rykowisko. Na terenie naszego łowiska by- ło sporo jeleni, więc na ogół rykowisko było niezłe. Mnie jakoś prześladował pech i w efekcie moje polowania były bezkrwawe. Powodem była ostra selekcja. Wielo- krotnie spotykałem jelenia, ale nigdy nie natra łem ani na selekta, ani na łownego, a o strzelaniu do przyszłościowego byka nie mogło być mowy. Kiedyś nad ranem usły- szałem i zobaczyłem kapitalnego byka. Na strzał było jednak za daleko. Postanowi- łem spróbować szczęścia wieczorem. Ulokowałem się na ambonie, w miejscu, gdzie rano widziałem „mojego” byka. Jeszcze przed zmrokiem dwa lub trzy razy mruknął w młodniku naprzeciw ambony, a po chwili zaczął ryczeć. Po głosie poznałem, że to ten sam, którego słyszałem rano. Ryk coraz bardziej się przybliżał, a ja z bijącym ser- cem czekałem, kiedy byk ukaże się na polanie. I kiedy wydawało się, że za chwilę go zobaczę, rozległo się rozpaczliwe wołanie: „Stachu, Stachu!”, po czym zapadła cisza. Nie wiem, czy Stach się odezwał, natomiast byk zamilkł. Mimo jasnego (była pełnia) i chłodnego wieczoru ani się nie odezwał, ani nie pokazał.
ŚWIĘTY HUBERT OD PSIKUSÓW
Na to rykowisko wybraliśmy się razem z żoną. Dawną leśniczówkę wydzier- żawiło moje koło i urządzono tam bardzo porządną kwaterę dla myśliwych. Kuchnia zaopatrzona była w herbatę, sól, cukier, narąbane było drzewo. Było wszystko, co pozwalało na parodniowy pobyt w centrum łowiska. Zwyczaj był taki, że opuszczając
– 446 –

