Page 450 - Besson&Demona
P. 450
BESSON I DEMONA
DZIK NA NIESZCZĘŚCIE
Mając broń kulową, zacząłem sam, a później z żoną jeździć na zimowe polo- wania do Niebieszczan. Na początku stycznia nocnym pociągiem jechaliśmy z War- szawy Wschodniej do Zagórza. Przyjeżdżał po nas szwagier i, jak zwykle, czekało nas jeszcze dziesięć kilometrów podróży. Stary dwór został rozebrany, więc śniada- nie jedliśmy już w nowym domu. Po śniadaniu siadaliśmy do brydża. W ciągu tygo- dnia polowaliśmy zazwyczaj w okolicznych lasach i potokach, a pod koniec tygodnia urządzano zbiorowe polowanie koła Zarszyn. Tereny były bardzo rozległe, polowało się w lasach między Niebieszczanami a Sanokiem, w Jaśliskach koło Dukli i w innym kole w okolicach Bukowska, Komańczy, Rzepedzi. Kiedyś wypadło nam dwudniowe polowanie w Komańczy. Andrzej, Adam Bisping, Maciek Rudziński, Hubert Wolański i ja pojechaliśmy saniami z Niebieszczan do Mokrego, a tam wsiedliśmy do pociągu Zagórz – Komańcza. Jechało w nim również kilku myśliwych.
Polowaliśmy cały dzień i w końcu, na nasze nieszczęście, jeden z myśliwych strzelił dzika ważącego około sześćdziesięciu kilogramów. Na nieszczęście, ponieważ nie ma- jąc żadnego środka lokomocji, musieliśmy tego dzika z miotu do miotu wlec. Zmiany robiliśmy często, ale w głębokim śniegu było to bardzo męczące. Nocleg wypadł nam w pojedynczo stojącej chatce. Po zakwaterowaniu prawie dwudziestu myśliwych i kil- ku psów przystąpiono do patroszenia dzika. Na kolację była wątróbka gotowana, a na deser herbata zaparzona w garnku po wątróbce. Czegoś równie okropnego nigdy – ani przedtem, ani potem – nie piłem.
Gościnni gospodarze usunęli stół i krzesła z kuchni, nanieśli tam słomy, na której legło dwudziestu myśliwych i ich psy. W pewnym momencie zdesperowany Hubert Wolański powiedział: „Chcę mieć lepsze powietrze i kładę się przy psach”. Na śnia- danie jedliśmy tylko kanapki, które zabraliśmy z domu. Wątrobianej herbaty nie chcieliśmy już pić.
Drugi dzień polowania był zupełnie nieudany, a dzik ciążył nam coraz bardziej. Z Komańczy mieliśmy powrotny pociąg około szesnastej. Trzeba było dojechać do Mokrego, tam miały czekać na nas sanie. Przez tego dzika powrót do stacji kole- jowej Komańcza przedłużał się i pociąg, którym mieliśmy wracać, wyprzedził nas około pięciuset metrów przed stacją. Machaliśmy błagalnie do maszynisty, ale on zagwizdał i pojechał dalej. Na następny pociąg musieliśmy czekać prawie cztery go- dziny. Po przyjeździe do Mokrego pech nas nie opuszczał – okazało się, że furman – widząc, że nie przyjechaliśmy umówionym pociągiem – zawrócił do Niebieszczan. Około dziewiątej wieczorem, po dwóch dniach intensywnego marszu, znaleźliśmy się dziesięć kilometrów od domu. Cóż było robić, ruszyliśmy na przełaj, brnąc po fa- listym terenie w głębokim śniegu. Po dwóch godzinach doszliśmy do niebieszczań- skich łąk. Poprzedzielane były kolczastym drutem przysypanym śniegiem, więc co
– 448 –

