Page 437 - Besson&Demona
P. 437
rozjaśniać, nad przyprószoną szronem łąką (był przymrozek) snuły się tumany różowej mgły. Siedziałem w mojej kryjówce urzeczony tą grą świateł i wdychałem rześkie po- wietrze. Wtem z łoskotem nadleciał cietrzew i usiadł na czubku budki, metr nad moją głową. Aby nie zepsuć początku toków, które za chwilę miały się rozpocząć, starałem się prawie nie oddychać. Po paru minutach cietrzew odleciał. Nawet nie zobaczyłem, czy był to kogut, czy cieciorka. Po chwili na łące usiadł jeden kogut, potem drugi, trzeci... Na strzał było za daleko, ale widziałem je doskonale. I zaczęło się.
Gdzieś daleko słychać było jednego koguta, potem kilka, a gdy się rozwidniło, miałem wrażenie, że dokoła grają setki. Obserwowałem moją trójkę: podskakiwały do siebie, trąc skrzydłami po oszronionej ziemi, ich czarno-białe liry i czerwone korale fanta- stycznie kontrastowały z bielą szronu. Po tańcach odbywało się szlifowanie, a potem było słychać piękną pieśń. W momencie wschodu słońca zapadła zupełna cisza. Nie tylko cietrzewie, lecz także inne ptaki zamilkły. Trwał tak zwany sabat – cała przyroda oddawała hołd wschodzącemu słońcu. Nagle, po minucie, las ponownie rozbrzmie- wał śpiewem. Wtedy usłyszałem strzał, a potem drugi. Okazało się, że kuzyn strzelił dwa koguty. Koło szóstej trzydzieści moje trzy cietrzewie wraz z cieciorkami, których w trawie nie było widać (są zupełnie szare), odleciały. Kończył się mój magiczny czas na tokowisku. Noc i świt, kiedy dotknąłem, jak mi się w moim nastoletnim życiu zda- wało, tajemnicy świata. Długo przeżywałem to, co zobaczyłem i usłyszałem. O siód- mej przyszedł do mnie gajowy i oznajmił, że to już koniec i możemy wracać. Od tam- tego poranka minęło siedemdziesiąt pięć lat, a ja pamiętam, jakby to było wczoraj – minuta po minucie – budzący się do życia las.
Takie emocje dane mi było przeżyć jeszcze raz na początku lat osiemdziesiątych. Na- sze koło łowieckie miało tereny koło Wielbarka i tam wówczas było sporo cietrzewi. Siedziałem w budce na łące, a kilka kroków ode mnie grało szesnaście kogutów. Jeden z nich przerwał tok i zaczął się rozglądać. Bacznie przyglądał się mojej budce. Nogi miałem okryte kocem w kolorze niebieskim i prawdopodobnie ta niespotykana rzecz go zaintrygowała. Wyraźnie miał ochotę zbadać dziwne zjawisko, lecz chęć popisu przed cieciorkami była silniejsza, kontynuował zatem swoją pieśń. Ten widok, ta za- bawa tak mnie oczarowały, że żal mi było przerywać strzałem to niepowtarzalne wi- dowisko, więc efekt jest taki, że nigdy cietrzewia na toku nie strzeliłem.
OSTATNIE TAKIE POLOWANIE
Wielkim przeżyciem było główne doroczne polowanie. Poprzedzane kilku- dniowymi przygotowaniami, zaczynało się od odprawy z gajowymi i omówienia po- szczególnych miotów leśnych oraz polnych sztrajf, ławy, względnie kotłów. W lesie palikowane były stanowiska z numerami myśliwych. Z pasją się przysłuchiwałem roz- mowom na ten temat, ale i żalem. Żalem, bo musiałem jechać do gimnazjum, ale
– 435 –
...O POLOWANIACH

