Page 484 - Besson&Demona
P. 484

BESSON I DEMONA
Poznałem go, kiedy był już starszym panem, starym kawalerem, sceptycznie nasta- wionym do kobiet. Na dowód opowiadano mi pewną historię sprzed wojny: kiedyś Zoppi użyczył swojej karety pracownikowi, aby mógł zawieźć żonę do lekarza. Podob- no po powrocie kazał pojazd wykadzić.
Nie był zachwycony moim pojawieniem się w stadninie. Szczerze mówiąc, na począt- ku był zły, bo jak potem przyznał – myślał, że z Warszawy przysłali mu jakąś „swo- łocz”. Jednak jego stosunek do mnie powoli się zmieniał, szczególnie gdy dowiedział się, że mój ojciec był hodowcą jednego z lepszych ogierów w zakładzie treningowym. W końcu nabrał zaufania i zaczął mnie wtajemniczać w szczegóły pracy hodowlanej i rodowodowej. Starałem się jak najwięcej korzystać z jego wiedzy i doświadczenia, a on, coraz starszy i słabszy, coraz częściej powierzał mi wiele spraw. Myślę, że się polubiliśmy. Często przez ten jego chłód i dystans przebijało poczucie humoru. Kiedy ktoś go pytał, ile ma lat, odpowiadał: „Tyle, ile Bend Or*”. Coraz lepiej poznawałem tego nieszablonowego człowieka. I odkrywałem jego samotność.
W jego gabinecie biurko stało opodal okna, na parapecie zaś butelka, zawsze napeł- niona wodą. Dosyć mnie ona intrygowała. Wiedziałem, że nie jest to woda do picia ani podlewania kwiatów. Kiedy nasze stosunki zaczęły się ocieplać, ośmieliłem się zapy- tać o przeznaczenie tej butelki. Otrzymałem zaskakującą odpowiedź: „Na biurku stoi telefon, a w nim jest elektryczność. Gdyby zaczęło się palić, to mam wodę pod ręką”. Tak, Ryszard Zoppi z pewnością był oryginałem.
Przy alei wiodącej z biura do stadniny stoi kasztan, a pod nim ławeczka. W ładne, cie- płe popołudnia siadywał na niej dyrektor Zoppi i obserwował zajęcia na terenie stad- niny. Z drugiej strony drzewa, tyłem do niego, siadał dokumentalista Stanisław Ku- rowski. I tak, w zupełnym milczeniu, potra li spędzić kilka godzin.
Choroba, a następnie śmierć Stanisława Kurowskiego zupełnie go załamały. A potem jeszcze ja przyszedłem z wiadomością, że przenoszą mnie do Mosznej i że zastępcą kie- rownika będzie Jerzy Jaworski. Zdenerwował się. Bał się nowych ludzi. Na szczęście te obawy okazały się niepotrzebne. Jerzy Jaworski okazywał mu wielki szacunek i otaczał troskliwą opieką do ostatnich dni życia. Ryszard Zoppi zmarł 4 lutego 1954 roku.
Te trzy lata, które spędziłem w Kozienicach, czerpiąc z wiedzy i doświadczenia Ry- szarda Zoppiego, to był dla mnie szczególny czas. Wszystko to, czego się wówczas nauczyłem, przez wiele lat wykorzystywałem w mojej pracy zawodowej. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.
* Bend Or xx (Doncaster – Rouge Rose po Thormanby), ur. 1877 r.
– 482 –


































































































   482   483   484   485   486