Page 49 - 41_LiryDram_2023
P. 49

na jakąś ewolucję polskiej poezji. Język, który umiał zawłaszczać cudze motywy i tematy, któ- ry nadawał się do wykonywania wszystkich ge- stów, z jakimi kojarzy się ważną poezję, a przy tym nie stawał się obcy jak mowa czcigodnych starców. I jest w tym jakiś ponury paradoks, bo tytuł zapowiada co najmniej konkwistę, a zawartość wchodzi w pakt ze wszechobec- ną ogólnością. Zdobywca, o ironio, przystoso- wuje się. Stara się zamaskować fakt, że pozo- stał przybyszem z zewnątrz, ze świata, gdzie słowa mają jakby większą energię: Udawałem człowieka, nawet nieźle mi szło [...] I tylko mój pies wiedział, i jeżył się przez sen (Kolonie 78). I właśnie – idzie mu niestety nieźle.
Na czym polega owo przystosowanie, utrata czy maskowanie własnych umiejętności? Wy- starczy porównać wiersz 40. Wybrzeże Moski- tów, zaczynający się od słów Ten troszeczkę umarły... a kończący się frazą ...wiersze, to robactwo (Kolonie 44) z dowolnym fragmen- tem Białej Afryki Bartłomieja Majzla, aby wie- dzieć, w czym rzecz. Otóż śmierci i egzotyki nie wystarczy nazwać, by czytelnik zaczął my- śleć o egzotycznych obrazach rozkładu. Sło- wa nie znaczą, znaczą obrazy – ale te muszą mieć dość czasu, by pokazać się czytelnikowi. Na stronie obok jest co prawda Piąte Impe- rium, a w nim fraza:
Na proste pytanie
Kim Jesteś odpowiadam w tylu wersjach, ile razy obróci się młynek serca. Więc śmierć będzie miała klejnot, kłopot, jak zaadre- sować
powiadomienie
(Kolonie 45) Ładne przejęzyczenie, tajemnicza freudow- ska omyłka. Czy jednak autor musi skłaniać
czytelnika do poszukiwań, odrzucania i selek- cji, do prac redaktorskich na gotowym już to- miku (redakcja, jak wiadomo, jest redukcją)? I z czego ten krok wstecz wynika?
Może jest tak, że drukując w wydawnictwach obcych pokoleniowo trzeba z ostrożności do- konywać mimikry i używać słów pustych, abstrakcyjnych albo powtarzalnych (chłopiec morze poeta nicość melancholia złudzeń). Może gdyby tomik składał się z 33 wierszy, a nie z 77, to pisałbym recenzję po dawne- mu entuzjastyczną. Być może to po prostu jednorazowa wpadka, chybiony projekt, źle obrany leitmotiv. Być może w przypadku Ró- życkiego kresy wschodnie, reminiscencje przedwojnia, wylewająca Odra i różnokolo- rowe mrówki sprawdzają się lepiej niż przy- prawy korzenne. Może przeczytałem właśnie tomik, który posłużył poecie do uświadomie- nia sobie, które rewiry i chwyty nie są dla niego przeznaczone. Słabszy, ale nie mniej przez to potrzebny.
Ostatnie spostrzeżenie to chyba jedyna szan- sa, by tę recenzję zakończyć w miarę opty- mistycznie. Z pewnym nakładem dobrej woli można bowiem stwierdzić, że nadając zbio- rowi tytuł Kolonie Różycki wysłał sygnał, że porusza się po obcym sobie terenie. A w ta- kim razie jest nadzieja, że wróci. Termin ewentualnego powrotu staje się co prawda coraz bardziej niejasny, gdyż ta sama nie- konkretność przeżera Księgę obrotów – ale czekajmy.
Tekst główny:
Tomasz Różycki, Kolonie, Znak, Kraków 2006.
październik–grudzień 2023
LiryDram 47






















































































   47   48   49   50   51