Page 156 - 50_LiryDram_2026
P. 156
– i sam pełen winy”, biel opada na próżność środowiska. Śnieg sypie na „mowę – trawę”, na „polemiki zajady i panegiryki”, na „kupio- ne recenzje ukłony / wychodzone wymodlone krytyki”. Jest w tym wierszu przenikliwa, auto- ironiczna diagnoza literackiego światka, gdzie tytuły, berła i patyki zrównują się w trzeszczą- cym pod butem papierze. A metafora „zalot- nej debiutantki sprzed lat”, która jako rzuco- na do kosza kula papieru rośnie niczym lawi- na w potwora z podwójnym językiem upiora, jest absolutnym mistrzostwem w ukazywa- niu, jak nieszczere słowo mści się na twórcy. Śnieg u Grupińskiego kojarzy się jednak rów- nież z jasnością, ze wstrzymaniem oddechu, ze świętem. To właśnie tę świąteczną, niemal wigilijną czystość przyniósł mi środek lutego, kiedy otrzymałam od poety wyjątkowy, ręcz- nie spisany suplement do tego tomu – wiersz Wigilia 2025: „Siano oj siano w żłobku / sianko jak lelija / Ręce do nas wyciąga / przetrącone połamane / Boża Dziecina / Pewnie był tam / gdzie była Ukraina”. W tym geście, próbującym przedłużyć czas bożonarodzeniowego światła w mroźnym lutym, Grupiński udowadnia, że prawdziwa poezja zawsze reaguje na ból świa- ta, na „przetrącenie” historii.
Druga część książki przynosi uciszenie śro- dowiskowego gwaru na rzecz głębokiej me- tafizyki i intymności. Grupiński z wirtuoze- rią operuje w niej skrótem, czego dowodem jest beztytułowy wiersz: „I pękła w świt ciem- ność nocy / w promień / Jakby Bóg w chmu- rze otworzył usta / przetarł oko i powiedział / jasną samogłoskę słońca”. Światło staje się tu dźwiękiem, a akt stworzenia ma charakter lingwistyczny. Bóg nie tyle lepi świat z mate- rii, co go wypowiada.
Jednak to, co w liryce osobistej Grupińskiego uderza najmocniej, to jego niezwykła, wręcz
bolesna empatia. Zatrzymuje nas wiersz Anna, dedykowany A.K.N. Choć użycie samych ini- cjałów może budzić w czytelniku pewien opór, wywołując wrażenie niepotrzebnej asekuracji czy lęku przed pełnym odsłonięciem podmio- tu, to sam tekst uderza szczerością absolutną. Wiersz brzmi: „Jeszcze się nie urodziłam / ale ojciec już wiedział / - będę chłopcem / Jestem Michał – mówiłam / Nosiłem spodnie / Darłem ciąłem sukienki / Gryzłem ręce czeszące mi włosy / Rzucałem do pieca lalki / Stałem gra- łem na bramce / I miałem swoją bandę [...] Mój wysoki kobiecy głos / Czekam na mutację / Ten chłopiec wciąż / dyszkantem śpiewa we mnie”. To utwór, który z wielkim kunsztem i czułością dotyka tajemnicy niedopasowania, pęknięcia między formą a treścią człowieka. Grupiński wchodzi tu w przestrzeń cudzego cierpienia z niezwykłym taktem. Ukazuje dra- mat uwięzienia w narzuconej biologii i społecz- nych oczekiwaniach („gryzłem ręce czeszą- ce mi włosy”). Pointa wiersza – w której we- wnętrzny chłopiec wciąż śpiewa dyszkantem z głębi dojrzałej, kobiecej krtani – jest wstrzą- sającym obrazem tożsamościowego uwięzienia i niespełnienia. Poeta nie ocenia, poeta słucha tego śpiewu z najwyższą uwagą.
Epiki towarzyskie... można odczytywać jako poetyckie dopełnienie autobiograficznej pro- zy autora, Chleba od zająca. Powstaje w ten sposób wspaniały dyptyk. Tom ten jest zjawi- skiem niezwykłym, a jego siła nie leży w pro- stej „zdolności ocalania pamięci” – to byłoby stwierdzenie zbyt powierzchowne. Prawdziwa moc tej poezji tkwi w czymś, co nazwałabym alchemią obecności. Jerzy Grupiński bierze rozsypane, bolesne, niekiedy komiczne okru- chy cudzych i własnych życiorysów i przeta- pia je w konstelacje sensu, udowadniając, że słowo potrafi pokonać czas.
154 LiryDram styczeń–marzec 2026

