Page 109 - 13_LiryDram_2016_OK
P. 109

od tej prawdy. Nie mają siły przemyśleć dramatu. A „bojaźń
i drżenie” musi w człowieku najpierw urosnąć, a potem trzeba znaleźć siły, żeby go przemyśleć i wyrazić /nie przez lekturę Hegla czy Kierkegaarda, choć to też trzeba znać/, ale przez uświadomienie sobie przestrzeni wewnętrznej, bo to „rozpacz... jest cieniem wszystkiego/ liścia człowieka skały drzewa”. Przestrzeń wewnętrzną trzeba rozszerzać, rozjaśniać. Wreszcie po to, żeby korzystać z zasobów tej przestrzeni, światła, bólu, twarzy, nocy, pamięci. Jeśli się nauczymy zaprosić do wiersza mężczyznę, kobietę – to właśnie jest talentem, jest też losem. Jest przygotowaniem do samotności i jej przezwyciężeniem. Posłuchaj, psychologowie mówią, że samotność to defekt. Mają swoją rację, że to defekt. Normą to nie jest. Dla poety jednak to jest ratunek. Bo to jest możliwość zbudowania w sobie prawdziwego wiersza
i dzięki niemu wypełnienia losu i dotarcia do drugiego człowieka z tym, co najbardziej własne i prawdziwe. Nie chodzi o jakieś natchnienie i uczucie, ale o zbudowanie wiersza po przekonaniu się, że te słowa są prawdziwe. Bo bez prawdy uwierzytelnionej życiem, czasem, zmęczeniem nie ma w ogóle literatury. Półprawdy nigdy nie będą poezją, prozą albo dramatem.
Kiedy po latach spisuję te wypowiedzi na starej maszynie
do pisania, uświadamiam sobie dopiero, na czym polegała MĘSKA postawa i zdecydowany styl Śliwonika. Pamiętam, jak zbiry
ze Starówki zrobiły najazd na moją prelekcję o Sebyle i jak wejście Romana przerwało zabawę intruzów. Pamiętam, jak na prowincjonalnym dworcu obstąpiło nas kilku chuliganów, ale szybko wsiąkli w ciemność. Pamiętam warsztaty, z nawoływaniem poetów do wierszy PRAWDZIWYCH. Pamiętam jak na Nowogrodzkiej błysnął mi kiedyś młotek za paskiem – a bo pojawiło się przy Dziku paru nowych alfonsów. Pamiętam, jak kroczył prowokacyjnie na grupy agresywne. Wierzyłem mu, gdy opowiadał, że parę razy żelaznym chwytem karateki przechwytywał rękę Grochowiaka, która chciała kogoś uderzyć. Parę razy nie zapanował nad własną ręką i kończyło się to dramatycznie. Nie zdziwiłem się też, że punktem wyjścia tomu wierszy „Potęgowanie dramatu” z roku 1983 jest niespełnienie się poezji swojego i grupowego pokolenia. Wyraził to metaforą, że poezja ta nie mogła oderwać się od ziemi i poszybować samodzielnie ku nowym dramatom i horyzontom. Nazywał to empirowym cyzelatorstwem, ucieczką z centrów
na peryferie. To „dramat słowa przełamanego, udręczonego, wykuwanego”. Trudno w sytuacji wiarołomstwa oderwać się od ironii, zgrywy, błazenady, dwuznaczności, zdegradowanego języka. Zapytany, co się dzieje aktualnie ze słowem, odpowiedział:
– Słowa poplątały się, a przecież za nimi stoją wartości bardzo ważne dla pojedynczego człowieka i dla grupy. Teraz
październik-grudzień 2016 LiryDram 107


































































































   107   108   109   110   111