Page 254 - Besson&Demona
P. 254

BESSON I DEMONA
Mjr Królikiewicz stawiał bardzo duże wymagania. Jak twierdził, chciał nas i nasze konie przyzwyczaić do dużych przeszkód. Aby wyrobić w koniach ich respektowanie, powstała stacjonata składająca się z pięciu drągów o wysokości 160 cm umocowa- nych na  x. Konie skakały na lonży, ale niestety – nie były przyzwyczajone do takiego skakania, dlatego dochodziło do wypadków. Kilka koni rozbiło sobie napięstki, między innymi mój Argun, tak że na kilka dni musiał być wyłączony z treningu. Następną nietypową metodą było skakanie bardzo wąskiej stacjonaty przybitej między dwoma świerkami. Trudność polegała na skoku idealnie pośrodku, inaczej jeździec był nara- żony na rozbicie kolana.
Wieczorem mjr Królikiewicz zapowiadał program na dzień następny. Kiedy miały się odbywać skoki na lonży, Jurek Grabowski i Maciek szli na plac ćwiczebny (o zmierzchu) i odbijali przybite drągi. Rano okazywało się, że chuligani rozbili przeszkodę i nie można skakać. Historia powtórzyła się kilkakrotnie i w końcu major odstąpił od tego ćwiczenia. W niedzielę rano szliśmy na spacer z końmi, a potem mieliśmy wolne przedpołudnie (we trójkę chodziliśmy do kościoła), a po południu jeździliśmy w teren. Dookoła były, i są, piękne tereny leśne z jeziorami. Kiedyś zobaczyliśmy mężczyznę siedzącego z węd- ką na brzegu jeziora. Podpuściliśmy Kazia Stawińskiego, aby zadał mu pytanie (anato- miczne): gdzie ryba ma siusiaka? Jeśli odpowie, że nie wie, to należy go poinformować, że z drugiej strony wędki. Kazio podjechał, zadał pytanie i (zgodnie z naszymi przewidy- waniami) usłyszał odpowiedź: „Nie wiem”, więc czym prędzej objaśnił wędkarza ściśle według naszej instrukcji. Na to tamten zerwał się i tą wędką chciał nieszczęsnego Kazia zdzielić. „Ale mnie napuściliście” – mruczał skonfundowany Kazio.
MINY NAM ZRZEDŁY
W ostatnią niedzielę zgrupowania miał się odbyć ćwiczebny parkur. Tradycyjnie poszliśmy do kościoła, a Kazio z majorem ustawili ten parkur. Gdy po powrocie obejrze- liśmy przeszkody, miny nam zrzedły. Przeszkody były duże i szerokie, postawione nie- zachęcająco, a szeregi na niepasujących odległościach. Na nasze protesty usłyszeliśmy od Kazia: „Wszystko dla ludzi, jak się boicie, to wracajcie do domów”. Efekt tej odwagi był taki, że Kazio jeżdżąc na dwóch koniach, na obydwu zaliczył upadki. Spośród na- szych dziesięciu koni tylko Bej i Argun nie upadły. Na szczęście do wyjazdu zostało kilka dni, więc konie miały czas na powrót do formy. Załadowaliśmy je do dwóch wagonów. W jednym jechały konie Maćka, Jurka i moje, a w drugim Kazia i Mariana Kowalczyka. Ze względu na jakieś powody polityczne paszportu nie dostał mój luzak, a na jego miej- sce Rada Główna LZS dała zupełnie nieznanego mi człowieka. To było przykre zaskocze- nie, gdyż luzak Ernest Duda doskonale znał moje konie, wiedział, który czego potrze- buje i opiekował się nimi jak własnymi dziećmi. Oczywiście tę podróż tam i z powrotem odbyliśmy w wagonach z końmi.
– 252 –


































































































   252   253   254   255   256