Page 265 - Besson&Demona
P. 265

mu, Eryk Brabec (sekretarz generalny PZJ) i Witold Domański (redaktor „Przeglądu Sportowego”) zdecydowali się jechać w charakterze luzaków. Domański z końmi Ko- walskiego, a Eryk Brabec jako mój luzak. Zgodziłem się na to ze względu na dawną znajomość i przyjacielskie stosunki, jakie łączyły mnie z Erykiem, ale byłem przeko- nany, że robię to z krzywdą dla koni i mojego stałego luzaka, który już po raz drugi zostawał w domu. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o moją pierwszą obawę, to myliłem się. Eryk z zaparciem siebie, ale wzorowo wywiązywał się z powinności luzaka. Tym razem jeźdźcy pojechali pociągiem sypialnym do Wiednia, a dalej już ekspresem dzien- nym do Rzymu. Na dworcu w Rzymie czekał wojskowy bus, który zawiózł nas do Passo Coreze. Po spędzeniu tam paru dni zjechaliśmy do Rzymu. Nasze konie przeżyły szok termiczny. Kiedy wyjeżdżaliśmy, temperatura w Polsce ledwo przekraczała zero stopni, we Włoszech była już śliczna wiosna i około +20 st. C. Argun był jeszcze w swoim cie- płym „okryciu”, więc na włoskiej ziemi jego bardzo grubą, zimową sierść można było zgarniać garściami. Biedny Eryk Brabec miał wielki z tym kłopot, nie mówiąc o tym, że takie gwałtowne linienie osłabia konia i przyczynia się do utraty formy.
ZAKOCHALIŚMY SIĘ W WIECZNYM MIEŚCIE
Gdy przekroczyliśmy włoską granicę, nie byliśmy już tak zaskoczeni i zacie- kawieni jak rok wcześniej w Niemczech. Może dlatego, że mniej więcej wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać. Dopiero gdy znaleźliśmy się w Rzymie, oszałamiające wrażenie zaparło nam dech. Wieczne Miasto ze swoimi monumentalnymi budowlami sprzed wieków, cudownymi kościołami, potężnym Koloseum naznaczonym piętnem tragicznej historii, wreszcie Watykan z tablicą papieży począwszy od Świętego Piotra, ogrody, place, wyra nowana architektura, a wszystko to pod osłoną wyjątkowo nie- bieskiego włoskiego nieba... Od razu zakochaliśmy się w tym mieście. Lokum mieli- śmy w centrum, w hotelu Mediterraneo, tak że wszędzie mogliśmy dojść na piechotę. Kiedy przemierzaliśmy rzymskie ulice, skojarzenia z wydarzeniami tak sugestywnie opisanymi przez Sienkiewicza w „Quo Vadis” nasuwały się same.
Hipodrom Piazza di Siena leży w rzymskim parku Villa Borghese. Płyta stadionu nie jest specjalnie duża, a po akwizgrańskiej wydawała nam się wręcz mała. Także prze- szkody, w przeciwieństwie do tych, jakie skakaliśmy w Akwizgranie, pozornie wydają się małe, choć są pełnowymiarowe. Większość z nich jest zbudowana z cienkich su- rowych drążków, co prowokuje konie do strąceń. Rozprężalnia nieduża – piaszczysta, może pomieścić pięć, sześć koni.
W tych zawodach wzięła udział cała czołówka Europy. Ekipa polska była traktowa- na specjalnie. Włosi pamiętali sukcesy polskich jeźdźców z okresu międzywojenne- go, między innymi mjr. Królikiewicza, który tym razem występował w roli trenera.
– 263 –
... O SPORCIE


































































































   263   264   265   266   267