Page 454 - Besson&Demona
P. 454

BESSON I DEMONA
na ten ujeżdżony przejazd. Owszem, przestawili nas, przejechali i nie zatrzymując się... odjechali w siną dal. Dosłownie siną, zaczął bowiem zapadać zmrok. Zostaliśmy z pa- nem Malikiem i trojgiem zmarzniętych dzieci w śniegu po pas. Długo rozgrzebywali- śmy i udeptywaliśmy śnieg, aby nasz samochód wydostać z uwięzi. Poczciwa warszawa, pchana przez trójkę chłopców i mnie, jakoś w końcu się wygramoliła. Mocno spóźnieni dojechaliśmy do Sanoka, gdzie czekał na nas Andrzej. Ponieważ pan Malik musiał wra- cać do Krakowa, przeto przeładowaliśmy rzeczy do warszawy Andrzeja, dobraliśmy do towarzystwa Huberta Wolańskiego i w piątkę ruszyliśmy piechotą przez górę i las do Niebieszczan. Przed nami było około siedmiu kilometrów. Ten spacer moi chłopcy znie- śli doskonale.
DUDEK Z PRZEJĘCIEM NOSIŁ MAŁOKALIBRÓWKĘ
W Niebieszczanach odbywało się wiele małych polowań. Na przykład w Dębi- nie był brany miot „nad studnią”. Mnie wypadło stanowisko na  ance, na wysokości grzbietu wzniesienia. W tym polowaniu jako nasi towarzysze wzięli udział chłopcy – Jasiek z Hubertem, Wacek albo z Zosią, albo z Andrzejem, a Dudek ze mną. Z myślą o tym, żeby chłopcy mogli postrzelać do celu, dla zabawy przywiozłem do Niebiesz- czan małokalibrówkę. Na tym polowaniu z wielkim przejęciem nosił ją Dudek. W jed- nym z miotów nawinął nam się zając i Dudek do niego strzelił, nie robiąc mu żadnej szkody. Stojąc na  ance, zobaczyłem rysia, który szczytem góry szedł prosto na nas. Pokazałem Dudkowi rysia i przyłożywszy palec do ust, nakazałem ciszę i bezruch. Ryś, rozglądając się, szedł sobie wolniutko. Odległość była jednak znaczna i o strzale nie mogło być mowy. Kiedy doszedł do wysokości stanowiska Andrzeja, skręcił i poszedł w dół wprost na niego. Podobnie jak z wilkiem, było to moje pierwsze i ostatnie, tym razem niebezpośrednie, spotkanie z rysiem.
O tym spotkaniu przypomina mi zawsze czapka z jego skóry, którą nosiła moja siostra Zosia, a teraz poluje w niej jej wnuczka, również Zosia, córka Wacka.
ZOSTAŁEM Z JEDNĄ LOCHĄ
Święty Hubert często lubi płatać  gle myśliwym, biorąc pod opiekę zwierzy- nę. Kiedyś polowaliśmy w kilka strzelb na dziki w ośrodku łowieckim Stadniny Koni Walewice. Braliśmy miot na łąkach między Goślubiem a Kterami. Te łąki są pokryte kępami krzaków i stanowią doskonałe siedlisko dla saren, danieli i dzików. Była zima, łąki przykrywała niewielka warstwa śniegu, a rozlewiska skuł lód. Zarówno kilka dni wcześniej, jak i w dniu polowania była odwilż i lód pokrywała warstwa wody. Pędze- nie szło od strony Goślubia w kierunku Kter, równolegle do rzeki Bzury, która te łą-
– 452 –


































































































   452   453   454   455   456