Page 455 - Besson&Demona
P. 455

ki przecina. Moje stanowisko wypadło na lewej  ance, nad Bzurą. Zachodząc na nie, widziałem liczne tropy dzicze, co bardzo podniosło mnie na duchu. Miot był długi, należało więc cierpliwie i cicho czekać. Po pewnym czasie zobaczyłem z daleka kilka sztuk sporych dzików idących w kierunku przeciwnej  anki. Czekałem na strzały, ale panowała cisza. Domyśliłem się, że dziki wyszły z miotu bez strzału. W pewnej chwili zobaczyłem kilka sporych dzików idących między kępami krzaków w moim kierunku. Dzieliło nas około dwustu metrów. Było ich pięć, w tym duży odyniec. Gdy jedna z kęp je zasłoniła, przesunąłem się za krzak, i zająłem takie stanowisko, aby mieć je przed sobą na jakieś pięćdziesiąt, sześćdziesiąt kroków po lewej stronie kępy. Czekałem do- brą chwilę, ale dziki się nie pokazały. Aby sprawdzić, co się z nimi stało, zrobiłem ob- rót w lewo i... za moimi plecami, w odległości czterdziestu kroków, stała cała wataha. Na moje nieszczęście, kiedy się obracałem, lód pod nogami załamał się z trzaskiem. Na ten dźwięk dziki, jakby w nie piorun strzelił, się rozsypały. Nie zwracając uwagi na to, że wpadłem do wody, z przyrzutu strzeliłem pierwszą prowadzącą sztukę. Została w ogniu. Drugim strzałem położyłem odyńca. I kiedy wydawało mi się, że za sekundę zrobię tripleta, w momencie składania się do trzeciej sztuki otworzył się dryling. Oka- zało się, że podczas drugiego strzału pękła w nim blokująca sprężyna. Nim się z nim uporałem, pozostałe trzy dziki były już daleko.
Pierwsza strzelona sztuka leżała przede mną, odyniec wczołgiwał się do kępy krza- ków. Podtrzymując pękniętą sprężynę palcem, podszedłem do tej kępy. W miejscu, gdzie padł, było dużo farby, a po ugniecionym śniegu można było się domyślić, że to duża tusza dzika. Myślę, że ważył sto dziesięć, sto dwadzieścia kilogramów. Byłem przygotowany na ewentualny atak rannego zwierza. Obszedłem krzak z drugiej stro- ny i stwierdziłem po tropach i farbie, że przeszedł do następnej kępy. Podszedłem do niej i... znów to samo. Tyle że farby było coraz mniej. I tak od kępy do kępy, robiąc du- że koło, doprowadził mnie do Bzury. W końcu przepłynął rzekę i dalej poszedł już bez farby do pobliskiego lasu. Musiał dostać „na miękkie”, a zimna woda go otrzeźwiła. Słuch o nim zaginął. Gdybym się nie zajął kłopotami ze sprężyną drylinga, miałbym czas na dostrzelenie go. Widocznie poszedł względnie zdrowy, bo ani jego, ani farby nie znaleziono. Mając pewny triplet, zostałem z jedną lochą.
WYSKOCZYŁ DZIK W ZIELONYM NIEPRZEMAKALNYM PŁASZCZU
Ta historia jest i straszna, i śmieszna. To było polowanie dewizowe w Ośrodku Hodowli Zwierzyny w Walewicach. W jednym z pędzeń stałem jak zwykle na  ance. Brany był młodnik, a na wysokości dwóch ostatnich stanowisk między młodnikiem a li- nią myśliwych był pas małych sadzonek. W nagonce uczestniczył dość dziwnie ubrany człowiek: w nylonowym nieprzemakalnym płaszczu w kolorze jaskrawej zieleni. Na- gonkę było już słychać z niedalekiej odległości, kiedy usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk:
– 453 –
...O POLOWANIACH


































































































   453   454   455   456   457