Page 492 - Besson&Demona
P. 492
BESSON I DEMONA
bolesław orłoś
Całe życie poświęcił hodowli koni. Czy mogło jednak być inaczej, skoro urodził się na Podolu (w 1905 roku), gdzie jego ojciec pracował w dobrach antonińskich? Wyra- stał przecież w atmosferze prawdziwie wielkiej hodowli. W 1923 roku przyjechał do Polski i w majątkach ordynacji łańcuckiej odbył praktyki hodowlano-rolne, a sześć lat później, w roku 1929, został administratorem w Albigowej. Albigowa wówczas żyła końmi. Konie pełnej krwi z powodzeniem biegały na torach wyścigowych, konie pół- krwi zdobywały nagrody na wystawach remontowych i wiele z nich tra ało do grupy olimpijskiej (Arlekin, Andahar, Ben Hur). Hodowano tam także konie wierzchowe do polowań par force oraz konie do gry w polo. Pracując w tej tak bardzo „końskiej” at- mosferze, Bolesław Orłoś nabierał doświadczenia. Zasad hodowlanych uczył się od kierownika stadniny, emerytowanego generała Siarkiewicza (późniejszego teścia), po którym w 1932 roku przejął stanowisko kierownika stadniny. Ten pomyślny czas skoń- czył się w 1939 roku. Wprawdzie jeszcze w czasie okupacji niemieckiej prowadził ho- dowlę, a konie pełnej krwi biegały na torach w Lublinie i we Lwowie, to w tym okresie działał przede wszystkim w konspiracji w szeregach Armii Krajowej. Po wejściu Ar- mii Czerwonej aresztowano go i wywieziono na Sybir. W 1947 roku szczęśliwie udało mu się wrócić i jesienią rozpoczął pracę w Naczelnej Dyrekcji Hodowli Koni, a kiedy powstało Przedsiębiorstwo Państwowych Torów Wyścigów Konnych, został kierowni- kiem Stajen Wyścigowych.
Był człowiekiem twardym i zdecydowanym. Jego prostolinijność i szczerość na ogół zjednywały mu uznanie i poważanie, a często i sympatię. Tacy ludzie miewają jed- nak przeciwników. Praca na stanowisku kierownika Stajen Wyścigowych była trudna i po pewnych nieporozumieniach musiał z PTWK odejść. Jako wybitnemu fachowcowi i praktykowi zaproponowano mu stanowisko zastępcy naczelnika Wydziału Hodowli Koni w Zjednoczeniu Hodowli Zwierząt Zarodowych. Przez wiele lat był moim bezpo- średnim inspektorem, gdyż stadniny pełnej krwi właśnie jemu podlegały.
Poza dorocznym przeglądem bywał w stadninie systematycznie trzy, cztery razy w ro- ku. W czasie tych kontroli nic nie uszło jego uwagi. Więc choć stosunki między nami były koleżeńskie, a nawet przyjacielskie, to jeśli zauważył jakieś uchybienie, zawsze reagował. To bardzo pomagało mi w pracy. Wiedziałem, że jeśli zrobię coś nie tak, to on mi o tym powie, jednak nie złośliwie, lecz życzliwie, i że będę mógł błąd naprawić. Specjalną sympatią i opieką otaczał hodowlę koni arabskich, szczególnie swój uko- chany Janów Podlaski. Angażował się w organizację eksportu koni arabskich, widział
– 490 –

