Page 494 - Besson&Demona
P. 494

BESSON I DEMONA
TadeusZ marchowiecki
Słyszałem przed wojną i wiedziałem z prasy hipologicznej, że dyrektorem (formalnie kierownikiem) Państwowego Stada Ogierów w Janowie Podlaskim był inż. Tadeusz Marchowiecki. Tak się jednak składało, że wówczas nie miałem okazji go poznać.
W czasie okupacji ożenił się z Anną Schuetzową z Białej Wielkiej, której mąż zginął w 1939 roku. Pani Anna, z domu Szańkowska z Kępia, była córką wybitnego hodowcy koni, a także krów. Po śmierci męża nadal prowadziła hodowlę koni angloarabskich wy- wodzących się od klaczy z Kępia. Tadeusz Marchowiecki po ślubie zrezygnował z kiero- wania Stadem Ogierów i przeniósł się do Białej, gdzie do końca wojny prowadził z żoną gospodarstwo i oczywiście hodowlę koni. Biała Wielka była wprawdzie niezbyt blisko, ale jednak po sąsiedzku. Pod koniec wojny, gdy zbliżał się front, pan Marchowiecki ukrył stado matek, ratując je przed rabunkiem. Po przejściu frontu nawiązał kontakt z masz- talerzami z Bogusławic i przy ich pomocy grupa tych doskonałych klaczy tra ła najpierw właśnie do Bogusławic, a następnie do Walewic.
Tadeusz Marchowiecki został dyrektorem Państwowego Stada Ogierów w Bogu- sławicach. Jako asystent hodowlany w Kozienicach miałem okazję uczestniczenia w przeglądach stada w Bogusławicach i wówczas poznałem go bliżej. W 1950 roku, kiedy stada zostały obsadzone przez dyrektorów z awansu, Tadeusz Marchowiecki został inspektorem hodowli koni rejonu południowego z siedzibą w Koźlu. Wówczas rejon ten obejmował obszar od Wojanowa (Jelenia Góra) na zachodzie do Stubna (Przemyśl) na wschodzie, więc kiedy na początku 1951 roku zostałem przeniesiony do Mosznej, automatycznie stał się moim inspektorem. Chociaż był bardzo wyma- gający, a i charakter miał nie najłatwiejszy, to tak się szczęśliwie układało, że nasze relacje były bardzo dobre. Myślę, że wpłynęły na to sąsiedzkie stosunki z okresu je- go pobytu w Białej Wielkiej, a poza tym zawsze podkreślał, że jestem uczniem pana Zoppiego, którego wyjątkowo szanował.
Nie tylko ceniłem sobie naszą współpracę, lecz także wiele na niej korzystałem. Pan Tadeusz Marchowiecki znał się bowiem na koniach jak mało kto, choć zawsze podkre- ślał, że folbluty to nie jego specjalność. Miał wyjątkową pamięć, czego dowodzi pewna historia. Otóż w czasie wojny wiele janowskich ogierów przepadło, a duża ich część została rozgrabiona. Kiedyś, jadąc samochodem z niemieckim komendantem stada, zobaczył na polu konia ciągnącego pług. Zatrzymali się, podszedł do tego konia i go obejrzał. Nie było wątpliwości, że to koń z jego stada – miał wypalone numer i piętno ogiera PSO.
– 492 –


































































































   492   493   494   495   496