Page 498 - Besson&Demona
P. 498
BESSON I DEMONA
otrzymał angaż na zastępcę dyrektora stadniny; 11 września 1939 roku dowodził jej ewakuacją. Po dwóch tygodniach wrócili do Janowa, a w końcu września o cer radziec- ki zaproponował Andrzejowi Krzyształowiczowi wymarsz z końmi do ZSRR. Nie skorzy- stał z tej propozycji i opuścił Janów, a kiedy wrócił po paru dniach, nie zastał już ko- ni. Pojechał do rodziców, którzy wówczas mieszkali w Pełkiniach. W styczniu otrzymał wiadomość od Tadeusza Marchowieckiego, że może podjąć pracę w Janowie. Pojechał więc tam i został koniuszym w stadzie ogierów. Komendantem niemieckim był wówczas płk Hans Felgiebel, który cenił polskich fachowców. Praca polegała głównie na odnaj- dywaniu zagubionych koni (m.in. znalazły się wówczas Witraż i Wielki Szlem). W roku 1943 Andrzej został przeniesiony ze stada ogierów do stadniny na to samo stanowisko koniuszego, a wiosną 1944 roku, po śmierci dyrektora Pohowskiego, dostał nominację na asystenta technicznego. W lipcu tego roku rozpoczęła się druga ewakuacja, tym ra- zem na zachód. Konie zostały wysłane koleją w okolice Zgorzelca. Tam dr Gustaw Rau mianował Andrzeja Krzyształowicza kierownikiem stadniny. W lutym 1945 roku stadni- nę znów ewakuowano, tym razem na piechotę do Drezna. We Florencji nad Łabą – jak przed wojną nazywano Drezno – przeżył nalot dywanowy aliantów, w czasie którego miasto zostało prawie zrównane z ziemią.
W listopadzie 1946 roku nieliczna już załoga wraz z końmi została koleją wysłana do kraju, do Posadowa. Powróciło 128 klaczy, w tym 39 czystej krwi. Kierownikiem stad- niny został Andrzej Krzyształowicz. W 1950 roku wrócił do Janowa Podlaskiego jako zastępca dyrektora, a w 1951 roku dostał nominację na rejonowego inspektora na wo- jewództwa centralne i południowe z siedzibą w Białce. Przyszedł 1956 rok i Andrzej znów znalazł się w Janowie jako zastępca dyrektora, aby po dwóch latach nareszcie awansować na stanowisko dyrektora.
Nie bez powodu tak szczegółowo opisuję jego karierę zawodową. Świadczy ona dobitnie o jego wielkim harcie ducha, o determinacji, która dawała mu siłę, aby dla uwielbianych koni przeżyć i wytrzymać poniewierkę i te wszystkie zmiany.
Nasza bliższa znajomość zaczęła się, kiedy jako inspektor Wydziału Hodowli Koni mia- łem pod opieką również dział małopolskich koni półkrwi (angloaraby). Była to dla mnie sytuacja skomplikowana. Z jednej strony zaszczyt i wielka przyjemność nadzo- rowania części tak zasłużonej stadniny jak Janów, z drugiej strony musiałem to pogo- dzić z respektem, jaki miałem dla tak wielkiego i zasłużonego hodowcy, jakim był An- drzej Krzyształowicz. On sam bardzo mi w tym pomógł swoim taktem, skromnością. Potra ł zbudować miłą atmosferę współpracy. Choć nieraz była między nami różnica zdań, to zawsze starałem się uszanować jego racje. Był bardzo sumienny i pracowi- ty. Nawet na emeryturze codziennie o szóstej rano robił tak zwany obchód. Już z da- leka widać było jego charakterystyczną sylwetkę, nieco przygarbioną, z nieodłączną laską w ręku chodził między stajniami, często z papierosem. Taki obchód w Janowie wszystkich stajen to był ponadkilometrowy spacer trwający nawet dwie godziny. Tym obchodom położyła kres dopiero ciężka choroba.
– 496 –

